poniedziałek, 11 lutego 2008

Chicago - USA

W Chicago jest zima. Lot trwa 5 i pol godz. Wychodze z samolotu a tam -12stopni, a dookola prawdziwa zima-sniegu pol metra. Przy moim ubiorze nie za najlepsza temperatura. Wujek na lotnisku, ktorego nie widzialem 4 i pol roku od razu mnie rozpoznaje. Przylecialem tu na 4 dni glownie po to, by zobaczyc sie z wujkiem i ciocia i ewentualnie innymi znajomymi, ktorych poznalem podczas ostatniego z dluzszych pobytow w USA.
Cel swoj osiagnalem. Sytuacja w ciagu tych lat tak sie zmienila. Przede wszystkim ceny w sklepach przy tak niskim kursie dolara powoduja, ze sa na bardzo zblizonym poziomie jak w Polsce (tyskie 0.33l za 0.8$!, czy tez drob, inne mieso), nie tak jak te 4 i pol roku temu, kiedy wchodzac do sklepu widzialem, ze wszystko jest 2 razy drozsze. Oczywiscie elektorniki to nic nie przebije i jak kiedys bylo tanio, to teraz wszystko wydawalo sie duzo tansze. Ba, powstala nawet taka moda, ze przed swietami Polacy zaczeli latac na zakupy do Stanow.
Zakupy swoje robie w znanym przeze mnie sklepie BestBuy (www.bestbuy.com), plus kupa prezentow od wujostwa, cos z ubran. W sobote temperatura spada do -20stopni, a mroz jest potegowany przez silny wiatr. W niedziele wizyta w kosciele i na szczescie do poniedzialku nie pada snieg, tak jak mialo miejsce w srode (na dzien przed przylotem), kiedy to zawialo lotnisko O'Hare i ponad 1000lotow (!) zostalo odwolanych. Rano wujek mnie odwozi, a jak wsiadam najpierw do samolotu do Miami, tam 3godz postoju i lotem do Londynu docieram do Europy. O godz. 12:40 dnia nastepnego (godz opoznienia) czekaja na mnie rodzice z bratem i bratankiem na nowym terminalu Okecie.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Interesting photos!