Przystanek guagua do Samany jest rowniez w poblizu domu Raizela, wiec z jego wujkiem, ktory ma na imie Leonardo nie musimi dlugo isc, ani czekac, by wsiasc do busika. Bilet kosztuje 140pesos, a podroza ma zajac 4,5godz.Na Dominikanie szykuja sie wybory. Strategia polityczny partii i ich kandydatow na prezydenta jest calkiem prosta: dac chleba i igrzysk w kazdej nawet najmniejszej wsi. Jakos sie porobilo tak, ze kazda wies ma swego kandydata: nie ma czegos takiego, ze w jednej wsi jest dwoch. Mozna to wywnioskowac po folderach i reklamach noszonych przez mieszkancow. Jest to przyjemne, bo kolorowe. Mniej przyjemna zaczyna byc atmosfera w naszym busie. W zwiazku z tymi wyborami juz od Santiago wywiazala sie dyskusja. Na poczatku spokojne jej brzmienie nie zapowiada brutalnego toku wydarzen. Jednak po 30minutach powstaly liczne obozy (sporo maja tu kandydatow) i w pewnym momencie ludzie zaczynaja sie drzec na siebie: duza klotnia, to juz nie sprzeczka. Kierowca na poczatku prosi o cisze, bo nie moze sie skupic, ale jak to nie pomaga, podglasza na maksa muzyke. Do tego zaczynaja piac 2 koguty, ktore jada z nami w srodku, przewozone przez jednego z pasazerow w klatkach. Istny dom wariatow! Malo brakuje, a zaraz zaczna rzucac czymkolwiek w siebie. Jednakze postoj uspokaja krewkich dyskutantow i jazda po nim oraz wszelkie dyskusje toczone sa w "milej" atmosferze.
Docieramy do Samany kolo 12:30. Idziemy z Fernandem do jego zakladu pracy po motor, ktorym podwozi mnie do swego domu (mam zostac u niego na noc). Mam jedno popoludnie w tym miejscu: moge zrobic 2 rzeczy. Albo pojechac na ogladanie wielorybow, albo na ogladanie wodospadu El Limon. Azeby dotrzec do wodospadu trzeba cofnac sie do wjazdu do miasta i tam przy drogowskazie na El Limon stoja guagua w tamtym kierunku (bilet kolo 30pesos). Ja jednak decyduje sie na ponoc najwieksza atrakcje polwyspu na ktorym jestem, czyli na ogladanie wielorybow. Przyplywaja tu od stycznia do marca wielkimi stadami i jedyna mozliwoscia, by je zobaczyc jest zapisanie sie na rejs szybkim wodolotem-motorowka (?). Udaje sie do portu, gdzie ma byc najtaniej (wszedzie indziej sa te same ceny, mozliwosc negocjacji w grupie). Cena niepodlegajaca negocjacji to 50$ za rejs. W cenie ogladanie wielorybow i wycieczka na rajska wyspe, gdzie mozna sie kapac (tam placi sie dodatkowo za bilet 100pesos, ale moj jest wliczony w cene). Lacznie kolo 3godz. Zegnam sie na kilka godzin z Leonardem, ktory jedzie na godz.13 do pracy i czekam kolo 45minut na grupe, do ktorej mam dolaczyc. Jak zwykle za 45 minut grupa sie nie pojawia, pojawia sie kolo 14:30. Juz jak widze ich przewodnika ubranego w dre
sy i uwalone buty, a na sobie majacego dzinsowa koszule domyslam sie, ze sa gdzies ze Wschodu. Tak z Rosji. No i dobrze, bo przynajmniej rozumiem dobrze, co mowia. Plyniemy wzdloz brzegu usianego palmami. Fale na morzu coraz wieksze i czasami zdarza sie, ze zamiast plywac to przelatujemy nad falami. Plyniemy dosyc szybko i po pierwsze dowiaduje sie, ze z brzegu kiedys mozna bylo zobaczyc wieloryby, teraz nie. Po drugie: ssakow tych jest tu coraz mniej ze wzgledu na ocieplanie klimatu. Tak wiec po 15 minutach docieramy gdzies na srodek zatoki i czekamy. Kapitan wraz z pomocnikiem wypatruja. Pierwsza osoba z grupy zaczyna przezywac chorobe morska. Cos w koncu ktos zobaczyl. Od razu przyspieszamy i gonimy. Falszywy alarm. Kolejne wymioty poza poklad kolejnej osoby (to juz 2sztuki). Znowu ktos cos zobaczyl. Jest fontanna! Plyniemy. Wreszcie widzimy, ale tych grzbiety, zaden z dwoch spotkanych wielorybow nie pokazal ogona (slynny motyw zdjecia). Czekamy. I tak co jakjes 5minut ktos cos zobaczy, to plyniemy. Gonitwa za wielorybami trwa ponad 1,5godz. (miala trwac kolo 15minut), ale widzimy w koncu wieloryby, ktore zechcialy ladnie zanurkowac w glab i zapozowaly. Nie musze mowic, ze kazdy stal z aparatem i robil zdjecia. Straty w ludziach po poltoragodzinnej gonitwie: 4 osoby z 8osobowej grupy rosyjskiej dziekowaly Bogu, ze znalezlismy sie na ladzie. Najpierw plyniemy na rajska wyspe, by sie wykapac (30minut), a potem wracamy do portu. Rosjanie proponuja, bym sie z nimi zabral wynajetym przez nich samolotem do Punto Cana, ale odmawiam, mowiac, ze mam tu znaj
omego. Na miejscu czeka juz Leonardo i zabieram sie z nim na krotka przejazdke po miescie i okolicach. Samana jest pieknie polozona w gorach. Dodatkowego uroku dodaja bananowce i mnostwo palm kokosowych. Leonardo pokazuje mi miejsce gdzie odzyskuja wode pitna (jego praca), soacerujemy przez dwa mosty przerzucone na wyspe wypoczynkowa, na ktorej kiedys stala restauracja, a dzis strasza turystow kupy smieci i wracamy do domu. Nastepnego dnia z rana zegnam sie z Leonardo i pedze na prom do Sabana de la Mar. Sa 4 rejsy w ciagu dnia. Pierwszy ma byc o godz. 7 (nastepny o 9:30). Zjawiam sie w porcie na 2 minuty przed 7, ale tylko ja jestem zainteresowany, wiec nie wiadomo, czy w ogole prom o 7 wyplynie-no tym bardziej, ze jest juz 7 :) W koncu pojawia sie mocno po 7 pare osob i gdzie kolo 7:45 wyplywamy. Bilet kosztuje 140pesos. Przeprawa zajmuje kolo 45minut i za pomoca ldki lacznikowej docieram na brzegi Sabany. Od razu atakuje mnie tlum naganiaczy: moto-taxi, ale za chwile widze, ze podjezdza guagua, ktora zabiera pasazerow z portu w kierunku poludniowym. Moim celem jest Bavaro, wiec najpierw jade do Hato Mayor (1 godz., 50pesos), a nastepnie do Higuey (1,5godz, 90pesos). Po drodze poznaje milego Peruwianczyka, emerytowanego, ktory zwiedza kraje karaibskie i ktory wie calkiem sporo o Polsce. Docieram Do Higuey kolo godz.14.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz