sobota, 2 lutego 2008

Puerto Plata - Dominicana

Jestem juz po stronie dominikanskiej w miejscowosci Dajabon. Tu wlasnie przyjezdzaja Haitanczycy z towarem i na miejskim bazarze sprzedaja wszystko, co maja. Ja najpierw zachodze do sklepu spozywczego, by uzupelnic zapasy jedzenie i ide kolo 6/4 i skrecam w lewo kolo 2/4 i jestem na dworcu autobusow, ktore odjezdzaja do Santiago. Bilet kosztuje 140pesos. Wsiadam, miejsc siedzacych nie ma, ale po ostatniej przejazdzce busem w Haiti, to moze i dobrze, bo przynajmniej kosci rozprostuje. Do naszego busa wsiada jeszcze sporo ludzi, a ze miejsca juz w srodku nie ma, musza bedac na zewnatrz trzymac sie za futryne od drzwi i tak jechac! Przynajmniej do wiekszej miejscowosci jaka jest Monte Cristi, ale to 30minut drogi w takich warunkach. Niezle...
Przez cala droge, co jakies 15minut jestesmy caly czas zatrzymywani przez wojsko dominikanskie, ktore kontroluje czarnych pasazerow, wiedzac, ze sa z Haiti. Kto nie ma dokumentu (granice Haiti-Dominikana mozna przejsc bez paszportu, placac odpowiednia lapowke, bardzo popularny proceder) musi placic lapowke zolnierzowi, ktory znalazl ofiare. Niektorzy musza placic kolo 10razy zanim dojada do celu! W busie poznaje Haitanczyka, ktory jest pastorem w Sosua. Rozmawiam z nim troche i zaprasza mnie do siebie. Najpierw pyta sie skad wracam. Ja na to, ze z Haiti. I sam tam byles? Tak. Odwazny z ciebie chlop. No coz, moze nie tyle odwazny, co niswiadomy pewnych niebezpieczenstw...
Do Sosuy tym busem nie zajedziemy, wiec musimy kolo 30km przed Santiago wysiasc, w miejscowosci X, i stad (jest juz po 20, ciemno) lapiemy taxi wieloosobowe do Puerto Plata z przesiadka po drodze w Imbert (50+40pesos). Tam zaczyna kropic deszczyk, ale szybko dochodzimy do postoju taxi wieloosobowych do Sosua i zabieramy sie za 40pesos do slynnego miasteczka wypoczynkowego. Pastor Caliph jedzie z Haiti z jedna ze swoich znajomych. Coraz musial w busiku do Santiago placic za nia jakas kase, bo ta nie miala zadnych dokumentow. Na Dominikanie jest sporo Haitanczykow, w wiekszosci nielegalnie.
Do Sosuy zajezdzamy kolo 22:30 i ciagle pada tropikalny deszcz. Idziemy do domu Calipha, gdzie znaduje lozko i ide spac. Nastepnego dnia z rana jego znajomy podwozi mnie na plaze. Jestem na pierwszej plazy na Karaibach. Ta akurat w Sosua nie przypomina w ogole tych z pocztowek z palmami, wiec biore tylko szybka kapiel w cieplym oceanie i jade taxi wieloosobowa za 35pesos do Puerto Plata. Taxi wieloosobowe sa na tyle fajne, ze zawoza kazdego pasazera, gdzie dany pasazer chce; wiec kierowca zawozi mnie do centrum. Samo centrum Parque Central, gdzie stoi kosciol jest malo ciekawe. Od tegoz placu w kierunku morze i w lewo jest Fortazela de San Felipe, kolonialna forteca, ktora rowniez byla wykorzystywana przez piratow karaibskich. Mialem jeszcze plan, by pojechac kolejka (teleferico za 200pesos) na gore Loma Isabel de Torres-779m.n.p.n., gdzie znajduje sie figura Jezusa podobna do tej z Rio, ale caly dzien chmury tanczyly nad ta gora, wiec ze wzgledu na brak widokow rezygnuje z tego. Ide na piechote (kolo 20minut) na dworzec (obok terminalu Carribe Tours) skad odjezdzaja busy (guagua) do Santiago (4godz, 100pesos).

Brak komentarzy: