sobota, 2 lutego 2008

Port-au-Prince - Haiti (Aiti)

Jez. francuski lub kreolski, 1$=7.2H$=33HTG (gourdes). 1godz do tylu do czasu dominikanskiego.

Pas ziemi niczyjej to moze odcinek kolo kilometra. Ale to, co tam widze to przechodzi moje oczekiwania: po prawej stronie woda z jeziora wlewa sie na droge, w wodzie poprzewracane autobusy, ktorych nikt juz nie wyciagnie, a nad tym wszystkich stoja uzbrojone oddzialy wojsk ONZ-u. Jeszcze przed wjazdem znajduje sie duzy haitanski bazar, na ktorym mozna ponoc wiele rzeczy kupic. I ogolnie jest duze zamieszanie i chaos: kazdy biega to w jedna to w druga strone-nie wiadomo, co sie dzieje. Jakis koles ode mnie z busa wyrywa mi paszport i mowi, zebym dal 30H$ na oplate wjazdowa. No dobra, jak trzeba to bierz. Ide zagadac z zolnierzami z ONZ-u. Sa z Jordanii. Wiec jak uslyszeli, ze tam bylem i wymienilem miasta w ich kraju, malo sie nie posikali. Cos sie przyczepiaja do naszego kierowcy busa. Kaza placic jakas lapowke. Za nami stojacy kierowcy w tirach trabia z niecierpliwosci. Ale w koncu po kilku minutach ruszamy. Przekraczanie tej granicy to pod wzgledem atrakcyjnosci zajmuje u mnie 2 miejsce po granicy drogowej miedzy Rosja a Mongolia.
Woda dalej wlewa sie na droge. Pierwszy dom jaki widze to dom zlepiony z bambusow. Pojawia sie jakies pierwsze miasteczko. Od razu jestesmy zatrzymani przy wjezdzie przez policje haitanska i ze wzgledu na to, ze auto jest z Dominikany musi placic kolejna lapowke; km dalej to samo. Ludzi na ulicach tlum, choc miasto nie jest duze. Haiti jak sie okazuje ma duzy problem z przeludnieniem. Domy sa rozne, ale w wiekszosci autentycznie widac, ze reprezentuja ta biedniejsza czesc spoleczenstwa. Bardzo popularne sa te zbudowane z jakis prostych blach.
Zaczyna sie sciemniac. Nie za bardzo mi sie to podoba. Juz widze, ze za widnia nie dam rady dotrzec do stolicy. Mam namiary na 2 w miare jak na Haiti tanie hotele: Wall’s International Guest house, przy Delmas 19, Rue Mackandal # 8 (www.wallsguesthouse.org) oraz St. Joseph's guest house (mail: sjgrants@hotmail.com). Oba maja noclegi ze sniadaniem i kolacja, pierwszy za 30$ drugi za 35$. Do tego drugiego nie zdazylem uzyskac adresu, a po rozmowie z moimi wspoltowarzyszami z busa wiedzialem, ze o poznej porzez na piechote nie trafie. Problemem jest to, ze nie wiem, gdzie isc, a nazw ulic w miescie jak na lekarstwo. Do tego jestem sam, ciemno i bagaz na plecach, ktory zwraca uwage. Pozostaje ewentualnie taxi, ktore ma mnie kosztowac max. 5$ z centrum, do ktorego zmierzamy. A co najwazniejsze: po prostu nie jestem nawet mulatem; wszyscy tu sa czarni, nawet niejasniejsi. Tak wiec latwo rozpoznac, ze nie jestem stad.
Sciemnilo sie i wjezdzamy na obrzeza miasta. Trudno z poczatku rozpoznac, ze jestesmy juz w stolicy. A co najciekawsze: wszedzie brak pradu! W zadnym domu nie pali sie chocby najmniejsza zarowka, ulice nieoswietlone, tylko czasami niektore auta (bo nie wszystkie maja swiatla!) oswietla kawalek miasta. Handel mimo tego, ze jest tak ciemno kwitnie, bo sprzedawcy uliczni, siedzacy ramie w ramie przy sobie posluguja sie swieczkami. Kultury jazdy na ulicach oczywiscie brak. Dojezdzamy w koncu do centrum, bo widze oswietlony lampami plac Champs de Mars. Naszym celem jest parking przy hotelu Palace. Tam wszyscy wysiadaja. Od razu tlum naganiaczy obskakuje mnie, a ze tylko jeden potrafi gadac po angielsku, to pytam sie ile kosztuje taxi stad do Wall’s International Guest house? Ten mi mowi, ze zalatwi to za 50. Ja sie pytam, ale 50 czego? Gourdes? Nie, dolarow. Haitanskich, tak duzo? Nie, amerykanskich. No to scielo mnie z nog. Ale po negocjacjach rzuca cene 25$ (ostateczna). Naprawde trudno wyjsc poza teren parkingu samemu z plecakiem , by nie zostac zauwazonym i nie dostac ewentualnie w leb. Ale pozostaje jeszcze pojsc zobaczyc, jaka jest cena w hotelu Palace. Ide tam sa i sie okazuje, ze jedynka kosztuje 40$ (2-ka 60$, 3-ka 80$). Ceny niezle, a koles z recepcji nie chce z nich zejsc.
Nagle pojawia sie gosciu, ktory rozumie moja sytuacje i mowi, ze mi moze pomc. Moze mnie zprowadzic do znajomego, ktory ma hotel. Daleko? Nie, nliziutko. Hmn. Dobra, gaz w reke i idziemy. Na prawo od hotelu jest nieciekawa uliczka, wszyscy patrza sie na mnie-ba widze tylko biale oczy, bo nie ma swiatla i nikogo nie widac. Po 2minutach dochodzimy do jakiejs rudery. Co to? To hotel mego kumpla, ale wiesz; tu jest dom publiczny i normalnie ludzie tu przychodza uprawiac seks, a Ty mozesz tu pozostac na noc za 30$. Masz pokoj z tv, dvd i klima. No coz. Warunki sanitarne i mieszkaniowe jak w hotelach za 1$ w Ekwadorze, no ale dobrze. Biore. Gosciu daje jeszcze telefon, zeby w razie czego dzwonic, a jak chce to moze jutro byc moim przewodnikiem. Wlewamy do auta paliwo i jedziemy, a za dzien bierze kolo 30$. Moze tez pok
azac gdzie odbywaja sie obrzedy voo doo, ale jak pytam sie, ile to kosztuje, to mi mowi, ze roznie kaplani biora. Moze byc, ze pokaza cos za 40$, a moze za 100$, a moze za 1000$. Raczej blizej pewnie tej ostatniej cenie, no ale numer zapisuje. Zamykam bagaz w pokoju i ide z podreczna torba na plac. Jakos czuje sie nieswojo-jedyny Bialy w okolicy, wiec po 5minutach wracam na moje legowisko.
Budze sie wczesnie rano z zamiarem szybkiego zwiedzenia miasta i udania sie na dworzec, by stamtad pojechac na polnoc. Na miescie dalej ciemno, ale musze zaczac sie ruszac, bo autobusy do Cap-Haitan wyjezdzaja miedzy 7 a 9 z rana. Ruszam, a na ulicach tlum ludzi-o tak wczesnej porze troche mnie to zaskakuje. Wiekszosc ludzi przygotoruje sie do nadchodzacego karnawalu i budja dekoracje. Ogladam Z zewnatrz Palac Narodowy na Champs de Marc-dookola otoczony wysokim plotem, gdzie na zewnatrz widoczna bieda, no a sam palac-eksluzywna budowla. Przypominaja mi zie opisy krajow afrykasnkich Kapuscinskiego, gdzie to caly lud danego kraju gloduje, a wladza zyje na poziomie euro
pejskim. Zaczyna sie rozjasniac. Ide do katedry. Poranna msza, a aktedra jak to kazdy inny kosciol. Poruszam sie caly czas po centrum i jakos nie zauwazam, ze jestem w centrum stolicy kraju: obok mnie jakis facet kapie sie polewajac kubkiem wody z zasyfialej kaluzy, dookola odor moczu, kobiety rozkladaja sie ze swoimi przenosnymi patelniami, pod ktorymi rozpalaja wegiel. Caly czas jestem w slamsach. Ide w kierunku Placu Narodow Zjednoczonych. Po drodze budynek ambasady USA otoczony kordonem zolnierzy i barykadami! A na samym placu znajduje szybko flage Polski, fotka i ruszam w kierunku dworca.Autobusy na polnoc kraju odjezdzaja z e stacji Au Cap naprzeciw ambasady brazylijskiej. Aby tam sie dostac szukam jakiegos transportu. Zaraz lapie mnie jakis koles, ktory moze mnie zawiezc tam motorem za 100gourdes. Mowie, zeby sie odczepil, bo znajduje taptapa, ktory podwozi mnie tam za 5gourdes (kolo4minut drogi od placu taptapem). Wysiadam, a tam juz od razu rusza tlum naganiaczy do mnie, z ktorych wybieram pierwszego lepszego, ktory prowadzi mnie do autobusu jadacego w moim kierunku. Kupuje bilet za 400gourdes (80H$), no a koles, ktory mnie tu przyprowadzil wyciaga reke po dolara. Mowie, zeby sie odczepil, ale latwo go splawic nie bylo, wiec dalem mu 5gourdes. Ten na mnie popatrzyl przejmujacym wzrokiem i cos burknawszy odszedl. Samo miejsce trudno nazwac dworcem-jest to wielki bazar (malo bezpieczne miejsce-kazdy mnie przed nim ostrzegal), gdzie jest tlum ludzi. Wzdluz stoja autobusy, ktore jada m.in. do Cap-Haitien (jest ich duzo), a naprzeciw jest ambasada brazylijska, wygladajaca raczej jak wiezienie ze wzgledu na wysoki mur i brame wjazdowa, strzezona przez uzbrojonych zolnierzy. Ludzie wszedzie chca cos tu sprzedac, wiec wieszaja sie m.in. autobusow probujac cos wscisnac pasazerom. Musze uwazac na bagaz, by nagla nie zniknal wsrod sprzedawcow i tlumu. Siedze sobie spokojnie na podwojnym siedzeniu, ale jak sie okazuje, w Haiti jesli cos ma 2 miesjca, to jest przeznaczone dla osob 3. Wiec musze zrobic miejsce, bo inaczej bede zmuszony zaplaci za jeszcze jeden bilet. Scisk niesamowity, robi sie coraz gorecej, a autobus jak stal, tak stoi dalej, mimo ze jest juz prawie komplet. Stoimy tak jeszcze kolo poltorej godziny i nareszcie ruszamy. Zajezdzamy jeszcze na stacje, by zatankowac i opuszczam stolice Haiti.

Brak komentarzy: