sobota, 2 lutego 2008

Cap-Haitien - Haiti (Aiti)

Obok mnie w autobusie siedzi Lephin Sergot. Jest on muzykiem, jak wielu mieszkancow Haiti. Ma swoja kapele Planet Mizik, z ktora gra muzyke compa, najbardziej popularny obok voodoo gatunek muzyczny. Jego zespol szuka managera, ktory by im pomogl wybic sie wsrod duzej liczby haitanskich zespolow. Mieszka w Cap Haitien w domu, ktory ma 2 pokoje 3metry na 3 metry; ma zone i 2 dzieci. W tak malym domu oprocz lozek musza pomiescic siebie i wszystko, co posiadaja. Wlasnie jedzie ze stolicy, gdzie zalatwial papiery, by otrzymac pazsport, z ktorym bedzie mogl starac sie ubiegac o wize do wymarzonego kraju jakim jest dla niego USA. Ma 29 lat.
Krajobraz zmienia sie z kazdym kilometrem. Na poczatku mijamy niewielkie wzniesienia, pozniej przejezdzamy przez pola ryzowe, trzciny cukrowej. Wlasnie to sa te miejsca, ktore ucierpialy najbardziej podczas ostatniego huraganu i powodzi. Jednak ten huragan, ktory byl 27 wrzesnia 2004roku wyrzadzil wieksze szkody niz ten ostatni. Podczas tego ostatniego zginelo "zaledwie" kilkadziesiat osob, a sprzed 4 lat 3tysiace. Nie widac zadnych maszyn rolniczych: ludzie jak za dawnych lat wychodza na pole z motykami, by nimi orac i przekopywac pola. Droga jest raz asfaltowa, ale w duzej wiekszosci zwirowa. Nasz kierowca nie boi sie niczego i po takiej drodze pedzimy z duza predkoscia. Siedze na tyle i wraz z pasazerami z konca czujemy kazda dziure. Podskakujemy do sufitu. Od poczatku jazdy przez pierwsze 2godz. jakas pani a to sprzedaje jakies rzeczy reklamujac je na caly glos, a to rozdaje je. Co ciekawe: w karajach Am Pd przy takich dzialaniach marketingowych osoba sprzedajaca zabierala tylko glos. Tutaj trwa bardzo ozywiona dyskusja. Coraz mijamy oddzialy wojsk ONZ-u. Ktos w pewnym momencie krzyczy, ze chce pipi, czyli siusiu i w koncu sie zatrzymujemy prawie w centrum jakiejs wioski. Wszyscy wysiadaja i sikaja, gdzie popadnie, glownie na stosy smieci, ktore sa wielkim problemem tego kraju, ktory jest jedym wielkim wysypiskiem. Kobiety nie wstydza sie za bardzo tego, ze zalatwiaja swoje potrzeby zaraz obok mezczyzny. Ruszamy dalej. Po drodze domy podobne do tych, ktore widzialem przy wjezdzie: z blach, cegiel lub z bambusow. Mozna spotkac boso biegajace gole dzieci, kobiety rozebrane do polowy. Po 4godz, gdzies w polowie drogi zatrzymujemy sie na jedzenie. Wole nic nie kupowac, wiec skupiam sie na herbatnikach. Krajobraz zmienia sie calkowicie, gdyz wjezdzamy w wysokie gory. W pewnym momencie kupa dzieciakow chce skorzystac z darmowej podwozki i zaczepia sie drabinki na tylniej szybie. Jest ich kolo 10. Kierowca widzi to, wiec z poczatku przy duzej predkosci probuje ich zrzucic krecac kolkiem raz w lewo, raz w prawo. Mimo, ze dzieciaki machaja sie jak w wesolym miasteczku na jednej z karuzeli, to dzielnie sie trzymaja. 3 osoby, ktore jada na dachu rowniez probuja je stracic, poprzez deptanie po palcach rak, ale to sie nie udaje. W biegu tez zostawiaja nasz autokar. Ktos zaczal spiewac ladnie w autokarze: nie potrzeba radia...
Wracajac do Lephina. Dobrze mi sie z nim rozmawia przez wiekszosc drogi. Wyglada na czlowieka zadbanego. Wyjasniam mu cel mojej podrozy i mowie, ze jade na polnoc glownie, by zobaczyc cytadele. Tam tez chce dzis dojechac i rozbic gdzies w poblizu namiot. On mi mowi, ze jesli mi zycie mile, to lepiej, bym tego nie robil.Slowa zabrzmialy groznie, wiec zaczynam z nim rozmawiac o cenach hoteli w Cap, ktore sa wysokie (powyzej 30$). Wyjasniam sytuacje i dostaje od niego zaproszenie do domu. Przyjac, nie przyjac? Ale ze jestem tu tez po to, by poznawac ludzi, wiec przyjmuje.
Zajezdzamy do Cap-Haitien po 7godz jazdy, przejezdzajac 254km od stolicy. Wysiadamy kolo domu Lephina i idziemy do srodka. Bierze on swojego taptapa i jedziemy po miescie. Pokazuje mi cale miasto: bieda niesamowita no i w koncu widze pierwsze biale twarze! Zastanawiam sie, jak ludzie moga mieszkac w takich warunkach. Zagladam tez do sklepu i ceny nie sa niskie: za cole 2l musze zaplacic 25H$, bulki sucharowe 10H$. Jak na taki kraj jest drogo. Lephin mowi mi, ze ze wzgledu na ceny jest tu ciezko wyzyc. Mieszkanie jego kosztuje 25tys$! Zaskoczyla mnie ta cena. Najbardziej oplaca sie kupowac ryz i fasole. Jedziemy do jego tesiow, gdzie mieszka zona. Tam jemy narodowa potrawe Haiti: wlasnie ryz z fasola. Pytam sie Lephina ile ma siostr i braci? Ten mi mowi, ze wie tylko o 15, a ojciec wspominal, ze jest ich wiecej! I mowi, ze prawie w wiekszosci rodzin tak jest.
Miasto tez przygotowywuje sie do karnawalu: juz widac pierwsze imprezy: karnawal studencki, gdzie przebrani studenci spaceruja po ulicach. Gdzies na jednym z placow trwa koncert na scenie muzycznej, wokol ktorej gromadzi sie tlum ludzi. Zaczyna sie sciemniac i wracamy do domu. Zabrali swiatlo i trzeba odpalac lampy naftowe i siwece, by cos widziec. Jestem troche zmeczony i ide wczesnie spac. Z rana Lephin podwozi mnie na stacje benzynowa za rzeke, skad odjezdzaja taptapy do Milot, skad zaczyna sie trasa w kierunku najwazniejszego zabytku Haiti cytadeli. Wsadza mnie do taptapa, ktory tam jedzie i zegnamy sie. Kierowca taptapa jezdzi i szuka krecac sie wokol stacji pasazerow. Nie udalo sie znalezc, wiec musze wraz z inna pasazerka przeniesc sie do amerykanskiego, szkolnego autobusu, ktory za 15gourdes ma zawiezc mnie do Milot. Stoimy obok stacji benzynowej, gdzie jak wszedzie tlum ludzi, a na stacji kupa straznikow z jednostrzalowcami gotowymi do uzycia. Po 20minutach czekania ruszamy. Asfalt konczy sie kilometr za miastem, ale po 40minutach i 25km dojezdzamy do Milot. Wypatruje w gorach cytadeli, ale stad jej nie widac. Doskakuja mnie osoby, ktore oferuja swoje uslugi przewodnickie. Ja zazwyczaj nie biore takich osob, ale przeczytalem gdzies, ze lepiej wziasc takiego, by poczuc sie bezpieczniej. Wybieram Denisa, ktory prosi, by mowic na siebie John.
Denis Alce jest studentem administracji w Cap-Haitien. Za swoje studia musi placic rocznie 5tys$. Zajmuje sie w okresie letnim i przerw miedzy studiami doprowadzaniem ludzi do cytadeli i oprowadzaniem ich tam. Dzieki tej pracy ma wielu znajomych z roznych krajow Swiata, glownie z Niemiec i USA. Jest tez artysta i maluje obrazy. Klientami sa glownie turysci, ktorych oprowadza. W tych ciezkich warunkach calkiem niezle radzi.
Pytam sie Johna za ile mnie oprowadzi. On mowi, ze normalna stawka to 30$. Ja mu mowie, ze to za duzo. 25$. Nie. On mowi, ze dobra pojdziemy i pozniej sie dogadamy. Ja bardziej chce, zeby sie odczepil, ale ze szedl na razie za mna, to nie mialem wyjscia. Najpierws by odnalezc droge trzeba pytac o Palac Sans Souci. Za wejscie na teren cytadeli bialy czlowiek musi zaplacic 5$. Od razu jeszcze na dole przed wejsciem do Palacu Sans Souci jest kasa, a ze widac od razu, ze jestem bialy, poza tym mam duzy plecak, ktory jednoznacznie wskazuje, ze jestem turysta, jestem zaproszony do kasy. W walucie haitanskiej placic nie mozna, trzeba w dolarach. Ja wyciagam 20$, ale nie maja wydac. Placi za mnie John. Dobra, mowie do niego, za ile mnie oprowadzisz? Za 15$ plus 5$ za wstep. Ja mu mowie 10$ + 5$ za wstep. On cos tam mowil, ale w koncu sie godzi. Rozmawia calkiem niezle po angielsku i jesli ktos bedzie szukal miejsca na nocleg, to moze u niego za 100H$ przenocowac w domu. Jego telefon to (509) 7867226.
Zaczynamy od Palacu Sans Souci, a wlasciwie od jego ruin. Kiedys, w wieku XVII i XVIII byla to wielka budowla, teraz sa to ruiny. Zaczynamy wspinac sie pod gore. Zaczynam czuc ciezar plecaka i wlasnie ze wzgledu na niego wszyscy pokazuja na mnie palcami, dziwiac sie, co to za cudo nosze. Do cytadeli mozna dojsc samemu bez wiekszego problemu, bo sciezka wsrod bananowcow, trzcin cukrowych, wsrod bambusowych domow prowadzi po wyslizganej starej kostce, ale Johna znaja wszyscy po drodze i naprawde czuje sie bezpieczniej. Tym bardziej, ze w pewnym momencie jakis mlody chlopak stojacy z maczeta pokazuje w moja strone wymowny gest przeciagajac palcem wzdluz szyi jakby chcial mi poderznac gardlo. John wyjasnil, ze nie ma co jesc i prosi o jakies pieniadze. Po drodze mijamy kosciol baptystow, w ktorym tego dnia jak co 2 tygodnie gromadzi sie miejscowe spoleczenstwo, bo przyjezdzaja tu lekarki. Chce zrobic zdjecie w srodku, ale zapomnialem poprosic o pozowlenie i jedyna biala lekarka (po akcencie chyba z USA) zaprotestowala w imieniu ludzi i wygonila mnie stamtad. Prubuje tez trzciny cukrowej, ktora w takim klimacie spelnia wspaniale role napoju gaszacego pragnienie: je sie , wysysa sok i wypluwa reszte.
Podejscie pod cytadele zajmuje kolo 90minut (5km). Cytadela byla waznym punktem strategicznym po odzyskaniu niepodleglosci przez Haitanczykow. Jako jedyny czarny narod, ktory sam odzyskal niepodleglosc wlasna walka na poczatku XVIII wieku spodziewal sie, ze Francja nie pozostawi jego bez rozliczenia sie za ten akt. I rzeczywiscie, wyslal tu Napoleon swoje oddzialy wsrod ktorych byli tez i Polacy. Oddzialy te poniosly kleske, a lup wojenny zostal zgromadzony w cytadeli. Pozostaly po tych walkach m.in. armaty zeliwne, ktore zastepowaly drewniane armaty wystrugane wczesniej przez Haitanczykow. Najwazniejsza osoba calego zamieszania byl krol Henri Christophe, ktory dzieki swojej nieprzecietnej inteligencji wybudowal cytadele i dowodzil armia, ktora wywalczyla niepodleglosc. Kiedy dowiedzial sie od lekarzy, ze grozi mu paraliz, popelnil samobojstwo, rzucajac sie z jednego z okien w Palacu Sans Souci. Powiedzial wowczas, ze tylko zdrowy wladca moze rzadzic takim narodem. Jest ponoc pochowany na terenie cytadeli, ale tego nikt nie wie. Sama cytadela, chroniona jako jedyny obiekt na Haiti przez UNESCO, jest warta odwiedzenia. Jest ogromna, w pieknym miejscu polozona, a ciekawe opowiesci przewodnika czynia pobyt tam bardzo przyjemnym.
Zejscie zajmuje nam 45minut. Zachodzimy jeszcze do domu Johna, ktory wciska mi jakies malowidlo za 5$. Place mu za calosc 20$ i wyciaga jeszcze reke na napiwek. Ja mu mowie, ze dostales, co chciales, a on na to, ze musi byc napiwek. Dalem mu 100zl z L.Warynskim, z ktorego byl zadowolony, bo uslyszal wczesniej ode mnie jaki jest kurs dolara do zlowtowki.
Wsiadam do busa i za 15gourdes wracam do Cap-Haitien. Tam przy stacjii benzynowej znowu jestem napastowany przez miejscowych, z ktorych jeden jest tak upierdliwy, ze odczepia sie jak daje mu dolara. Wsiadam do busa w kierunku granicy, a wiec do miejscowosci Ouanaminthe za 100gordes + za bagaz 50gourdes. Przy wyjezdzie z miasat mijamy koszary ONZ-u i wjezdzamy na zwirowa droge. Mimo, ze okna sa zamkniete wszyscy w srodku jestesmy zakurzeni, nie wspominajac o bagazu, ktory jedzie na dachu. Przejezdzamy przez rzeki, pola i w koncu po 90minutach jazdy kolo 16:10 jestesmy w przygranicznym miasteczku. Z "dworca" jest jeszcze 2km do granicy, wiec biore moto-taxi i za 30gourdes dojezdzam do przejscia. Dookola postawione namioty i znowu, tlum ludzi. Granica oddzielona wysoka brama. Zmierzam do odprawy i jestem zatrzymany przez kolesia, ktory ma na bluzie napis Haiti Immigracion. Pytam sie go, gdzie jest odprawa haitanska? Ten mi mowi, ze pol km stad w dol. Mam oddac paszport i czekac. Ja mu mowie, ze tego nie zrobie i mowie, ze skoro jeste na motorze to moze mnie tam podwiezie. A on na to, ze mu sie nie chce, bo i tak nie wiadomo czy mnie wpuszcza. A to czemu? A bo granica po stronie dominikanskiej zamknieta. O ku...a. Rzeczywiscie ze strony dominikanskiej ludzie tylko wychodza, ale nikt nie wchodzi. Probuje. Przechodze przez drzwi bramy i zagaduje z pogranicznikiem. Ten potwierdza: granica zamknieta od 20minut, bo normalny czas pracy to 9-17 (na Dominikanie godz do przodu). Jest 17:20 czasu dominikanskiego. Ja mu tlumacze, ze sie boje spac po tamtej stronie i ze mam dosc na razie Haiti. Ten, ze to rozumie, ale podchodzi jakas jego kolezanka i mowi, ze nie przejde, bo jest zamkniete. A ja dalej swoje. Ten w koncu sie lituje i bierze paszport i 10$ oplaty wjazdowej na Dominikane. Z tego stresu wbija mi pieczatke na stronie 3, ktora jest zarezerwowana na wpisy urzedowe. Jestem na Dominikanie. Upieklo mi sie tez placenie za oplate wyjazdowa z Haiti; przewodnik podaje, ze placi sie 13$ plus 15-30gordes po stronie haitanskiej. Z tego calego zamieszania nie musialem tego robic.

Brak komentarzy: