piątek, 18 stycznia 2008

Península Valdés - Argentina

Z obwodnicy ruszam na droge w kierunku Punta Tomba (100km). Mam 2660km przejechane stopem od Ushuaia. Z obwodnicy chce ruszyc stopem do najwiekszego po Antarktydzie skupiska pingwinow na Swiecie. Przez 20minut stania na drodze zwirowej zdaje sobie sprawe, ze chyba nie ma sensu pchac sie tam stopem, bo nic nie przejechalo i nic sie nie zapowiada, ze sie zmieni. Wiem jeszcze jedno. Ze wzgledu na uciekajacy czas bede musial zostawic Chile na nastepny raz.
Dochodze do drogi Trelew-Rawson i wsiadam do autobusu do centrum (1.3pesos). Przy przystanku spotykam dwoch miejscowych chlopakow, ktorzy deklaruja sie, ze mnie oprowadza po miescie. No i to oprowadzanie trwa kolo 5minut, bo jak sami twierdza jest to miasto, gdzie jest tylko smierc. Nic tu sie nie dzieje. Docieram do Plaza Independecia, gdzie jestem umowiony z Lukasza i Maja. Pojawaiaja sie oni po 1.5godz czekania (przyjechali o godz. wczesniej ode mnie). Przez ten czas poznawali miasto. Wycieczka do Punta Tombo kosztuje 115pesos od osoby plus wstep za 30pesos, a do Penínsuly Valdés 150pesos plus za wstep do parku 40pesos. W tym drugim miejscu mozna zobaczyc pingwiny, lwy morskie, foki, orki, wieloryby. Znowu pojawia sie idea wypozyczenia auta, choc tu, w tym miescie nie jest to wcale tanie. Ale znowu jest ten sam problem-Lukasz z Maja maja prawo jazdy w Limie, ja w Suwalkach. Ale w koncu udaje nam sie znalezc agencje Rent a Car PATAGONIA przy ul. Rivadavia 86 (e-mail: rentacarpatagonia_tw@arnet.com.ar) i oni to zrobia, a jedyne czego chca to paszport, karta kredytowa z kredytem na 4000pesos i kopia prawa jazdy, moze byc to faksem. Maja szybko dzwoni do Asi (siostry w Limie), ktora ma przeslac faks na lotnisko oraz skan na maila. Auto mozna odebrac tylko z lotniska, a ze jest pozno, mozliwe jest to tylko jutro. Za taxi na lotnisko (12pesos) firma zwraca. Wpadamy na pomysl, zeby pojechac dnia dzisiejszego na lotnisko i tam do rana przezimowac. Zle nie spalo sie na lotniskju w Buenos Aires, wiec podobnie moze byc i w Trelew. Podjezdzamy na lotnisko, a tam zamkniete-jest ciemno. Ale pociagam za klamke i drzwi sie otwieraja. Za chwile pojawia sie traznik, ktorego pytamy czy mozemy zostac do rana. Chlopisko mysli, ze my na samolot, wiec bez pytania i problemow pozwala nam zostac.
Budzi nas tlum pasazerow, ktorzy wylatuja o godz 8 rano do BA. Jest tez nasz pan z agencji, ktory mowi, ze zadnego faksu nie ma. Maja dzwoni do Asi i okazuje sie, ze ze wzgledu na problemy techniczne faks nie mogl byc wydlany. Ale jest skan na mailu. Idziemy z ta informacja do agencji, a oni mowia, ze na lotnisku nie w ogole internetu. Nie pozostaje nam nic innego, jak ruszyc taxi tam i z powrotem do miasta, by to gdzies wydrukowac. Zadania podejmuja sie Lukasz i Maja, ktorzy wracaja po 45minutach. Dostajemy Chevroleta Corse (nie ma tu Opli), 2004rok, silnik 1.6, z limitem 400km, a za kazdy dodatkowy 0.59pesos. Kosztuje 229 pesos i jest to podobna cena do innych ekonomicznych w tym miescie (np. Heartz czy Avis). Wycieczka kosztowala nas z paliwem (tu kosztuje 1.53pesos za litr), bilety wstepu do parku po 157pesos od osoby, a przejechalismy 580km. A na naszej wycieczce widzimy wspomniane przez ze mnie wczesniej zwierzeta w naturze plus m.in. pancernika. Oczywiscie najwieksze wrazenie robia smiesznie poruszajace sie pingwiny. Troche smutnie na nas patrzyly, ale to chyba wynika z tego, ze juz niedlugo, bo za miesiac beda opuszczaly Peninsule. Ogolnie nam sie podoba i jedyne na co trzeba uwazac to: aby kamien spod kol innych aut nie uderzyl w nasza szybe (mala dziruka kosztuje 40pesos a naprawa calej szyby 350pesos) oraz by niew wpasc w poslizg, gdyz wiekszosc drogi to zwirowka. Maja i Lukasz kolo 19:45 wyrzucaja mnie na drodze nr3 w kierunku polnocny i tu sie zegnamy, gdyz oni nastepnego dnia ruszaja do Area de Lagos, czyli terenu, gdzie jest duzo jezior i gor. Ladne miejsce, ale u mnie czasu brak.

Brak komentarzy: