wtorek, 29 stycznia 2008

Lima 2 - Perú

Spedzam noc u tesciow Asi. Nastepnego dnia wczesnie z rana jacde na zwiedzanie miasta. Biore mikro za 1.2soli i udaje sie na Av. Tacna, by stad 5 przecznic dojsc do Plaza de Armas. Teraz, za dnia prezentuje sie o wiele inaczej niz ostatnim razem jak bylem w nocy. Mozna zobaczyc piekny wyglad tegoz placu, dookola ktorego jest wiele ciekawych obiektow, z ktorych ten na lewo od katedry jest pilnie strzezony przez uzbrojonych zolnierzy. Ide w kierunku banku, by wybrac pieniadze (na lewo od katedry) i przy okazji trafiam na market turystyczny. Mniej wiecej orientuje sie w cenach, by miec jakis poglad, kiedy udam sie dzisiaj na Marcket de Inca. Wracam na Av. Tacna i biore busik do dzielnicy Barranco-jest to bardzo ciekawa dzielnica, z ladnym widokiem na ocean, dzielnica, w ktorej znajduje sie sporo kolorowych domow. Ide na piechote do Mirraflores (50minut) i tam zagladam na Marcet de Inca. Jest tam kilka domow handlowych, gdzie sprzedawane sa pamiatki dla turystow. Zaskakuje mnie to, ze nie ma tu zbyt wielu turystow. Zaraz sie przekonuje dlaczego. Otopz ceny tu sa o wiele wyzsze niz w centrum przy Plaza de Armas. Postanawiam jeszcze raz wrocic tam, by zakupic m.in. sweter z alpaki i jakies inne mniejsze pamiatki. Nastepnie udaje sie do Asi, gdzie juz czekaja Lukasz i Maja, ktorzy dzis z rana dotarli do Limy autobusem. Byli oni od momentu kiedy sie rozstalismy w El Bariloche i wedlug ich opinii nie jest to rewelacyjne miejsce, jak wszyscy Argentynczycy mowia. Mieli tez niemila przygode na polnoc od Santiago de Chile (1000km od stolicy), gdzie do tego momentu jechali caly czas stopem. Wiekszych problemow nie mieli, ale wlasnie 1000km na pn od Santiago nad ranem o godz. 6 zostali zaatakowani przez grupe osob, ktora m.in. rzucala w nich kamieniami. Prawdopodobnie chodzilo o rabunek, jednak dzieki trzezwemu umyslowi i szczesciu nic sie nie stalo. Jednak az dziwi, ze stalo sie to w takim kraju jak Chile. Od tamtej pory jechali autobusami i tak dotarli do Limy. Jest wiec okazja, by powspominac, wypic ostatnie piwko na poludniowoamerykanskiej ziemi. Ruszam po dwugodzinnym spotkaniu do tesciow Asi, skad biore bagaz i udaje sie autobusikiem na lotnisko kolo godz. 23 (numer JV, cena 2.5sola, ostatni o godz. 24). Na lotnisku czekam do godz. 4 nad ranem, troche drzemiac na krzeslach, az do otwarcia odprawy. Juz na miejscu dowiaduje sie, ze nie dalbym rady nadac jednego z moich bagazow od razu do Warszawy, bo mam miedzyladowanie w USA, gdzie przepisy jednoznacznie mowia, ze kazdy pasazer majacy nawet krotkie miedzyladowanie musi przejsc z bagazem odprawe celna. Tak wiec ciesze sie, ze Maja i Lukasz pomoga mi przywiezc czesc bagazu do Polski (dzieki). Zaskakuje mnie to, ze nie musze placic 30$ oplaty wylotowej, gdyz liniee AA jako jedyne pokrywaja podatek wylotowy, wliczajac to w cene biletu (a wiec jednak mozna nie placic oplaty wylotowej w Limie :)).
Samolot startuje zgodnie z czasem o godz. 7:50, a lot do Miami ma trwac 5.5godz. W ten sposob opuszczam Ameryke Poludniowa.

Brak komentarzy: