poniedziałek, 21 stycznia 2008

Dedo - Argentina

Co oznacza dedo po hiszpansku? Jest to autostop, a autostopowiczow czesto sie zwie mocileros od mochila czyli osoby noszacej plecak.
Po okolo 15minutach czekania podjezdza samochod, a w nim czterech chlopakow. Troche na poczatku groznie to wyglada, bo przypomina mi sie krotka niemila przygoda, jaka mieli 2dni wczesniej Maja i Lukasz ze stopem (nic sie nie stalo, ale mieli dziwnego kierowcy, ktory nie jechal w strone, w ktora mial jechac, wiec szybko zrezygnmowali z jego "uslug"). Ale jak sie pozniej okazuje sa to bardzo fajni kolesie z Cordoby. Podczas drogi dowiaduje sie sporo o ich miescie i poprzez swoje historyjki zachecaja mnie do przyjazdu (ale to innym razem). Oni jada (nie jada ale pruja ile wlezie, nawet 180km´h) do kurortu wypoczynkowego nad oceanem, czyli miejscowosci Las Grutas. A ze fajnie nam sie rozmawia, zapraszja mnie do siebie, by cos z nimi popic, ogladnac mecz Boca Juniors w TV oraz zjesc przygotowywany posilek przez ich kobiety. Ja dlugo sie nie zastanawiam i sie zgadzam. Po zaledwie godz i 45minutach docieramy do Las Gruitas i jestem przywitany przez ich zony i dzieci. Co ciekawe, najstarszy koles, z tych ktorzy mnie podwozili ma 26lat, a w domu razem z 4 kobietami jest jeszcze 11 ich dzieciakow! Mieszkaja w wynajetym na 2tygodnie apartamencie (230pesos za dzien), w dwoch pokojach. Pozwalaja mi wziasc prysznic, a pozniej popijajac Fernet z Cola i lodem (wloski alkohol, ale pyszny) ogladamy jak Boca remisuje 1-1. Jemy tez kolacje i na szczescie dostaje od nich 15$ (mowia, ze to taki zwyczaj z Cordoby w stosunku do gosci)! O nocleg mimo ze nie mam namiotu nie mam smialosci pytac i kiedy po godz 1 chce sie wyrwac, proponuja, ze moge przenocowac w namiocie postawionym przez jednego z nich na campingu miejskim. Dla mnie super.
Idziemy tam, a tam wybucha ogromna draka miedzy cieciem a mocno podpitymi moimi kolegami. Ja w to za bardzo nie che sie mieszac (alkohol mocno uderzyl mi do glowy)-chodzi glownie o to, ze jeden z nich ma wykupione miesjce na campingu z wyprzedzeniem o 7dni i niewazne kto tam spi, ale dla ciecia bylo wazne-ale po 10minutach i po zbudzeniu polowy campingu moge zostac.
Budze sie po 8 rano pod namiotem pamietajacym dawne czasy (model rosyjski, bardzo popularny do lat 90-tych) na campingu otoczonym wysoka sciana i drutem kolczastym. Czuje sie tropche jak w obozie, wiec szybko po zarejestrowaniu sie, wychodze na przystanek autobusowy, skad ruszam autobusem na skrzyzowanie w kierunku polnocnym. Jest juz calkiem cieplo i Slonce zaczyna dawac sie we znaki. Lapanie staje sie coraz trudniejsze, ale w koncu po 1.5godz czekania podjezdza elektryk z Ushuaia, ktory jedzie 24okm w moim kierunku. Po drodze zaprasza mnie do restauracji na obiad, danie argentynskie: Asalo-zbior zeberek, kielbasek, kaszanki przygotowywanej na specjalnym grilu (22pesos za duza porcje, nma nas dwoch wystarczylo). Potem wyrzuca mnie na trasie w kierunku polnocnym do Cordoby (875km) i Mendozy (1081km), a sam jedzie do stolicy. Mnie interesuje Mendoza. Stoje 4godz i nic nie chce sie zatrzymac. Ruch nie jest duzy, a auta sa przepelnione. Te ktore maja miejsce nawet nie przytrzymuja sie. To troche za dlugo jak na stop w Argentynie. Cos jest nie tak, a moze ktos daje mi wyrazny znak. W koncu podejmuje decyzje, ze ze wzgledu na uciekajacy czas, na Slonce, ktore mnie osmalilo przez te 4godz stania (nie ma zadnego krzaczku, by sie schowac), chyba musze zrezygnowac ze stopu po przejechaniu 3110km od Ushuaia. Ide do Rio Colorado, skad o godz 0:40 mas autobus do Neuquen za 35pesos (500km, 5.5h). Dostaje ostatnie miejsce, ale dalej tez jest ciezko z miejscami (w kierunku Chile). Nie zapowiada sie to dobrze. Wiem, ze sa wakacje i z miejscami wszedzie moze byc duzy problem, wiec z tym na mojej trasie musze sie liczyc. Udaje mi sie jeszcze kupic bilet do Zapali z Neuquen za 25pesos. Samo Rio Colorado to miasteczko, w ktorym za bardzo nic nie ma (16tys mieszkancow), ale wracajac z interenetu (2pesos za godz) w parku przy sporym tlumie osob przygrywaja Mariachi. Wracam na dworzec, gdzie na telewizorze ogladam zmagania Radwanskiej i Domachowskiej w IV rundzie Australian Open. Autobus podjezdza kolo godz. 1, Radwanska remisowala, Domachowska po pierwszym secie przegrywala (okazalo sie potem, ze Radwanska przeszla dalej).

Brak komentarzy: