poniedziałek, 7 stycznia 2008

Chuy - Uruguay

1$=21.2peso urugwajskie (w Polsce 1$=2.47zl).
Wymienilismy pieniadze na ulicy, bo kanotry byly juz pozamykane. Autobusy stad do Montevideo kosztuja 285pesos. Jest ich sporo, ale jak sie pozniej zorientowalismy w sezonie letnim, jaki jest teraz, nalezy wykupywac takie bilety wczesniej. Ruszylismy na zakupy, a po drodze spatkalismy przedstawicieli z komitetu Che. Kiedy zapytalem sie o ich poglady, wyparli sie komunizmu okreslajac siebie jako najlepszy socjalizm. No coz, kazdy wyznaje, co lubi.
Ruszylismy na piechote 2km na odprawe urugwajska, gdzie wzielismy pieczatki i wypelnilismy jakies karteczki wjazdowe, ktore zostaly nam wreczone do oddania przy wyjezdzie. Na granicy wsiedlismy do Barra de Chuy, najblizszego miasteczka nad oceanem (przejazd 25pesos, 7km). Bylo juz po 23 jak dotarlismy na camping, a tam ceny dosyc spore (250pesos za 2 osoby, 360 za 3, ale 500m dalej jest inny camping, ale nikt nam o nim wowczas nie chcial powiedziec). Wyjscia duzego nie mielismy i zwyciezyla tez chec wziecia w koncu normalnego prysznica. Przenocowalismy wsrod stada ludzi (naprawde sporo) i nastepnego dnia po kapieli w basenie na campingu i oceanie ruszylismy na trase nr 9, by sprobowac lapac stopa w nowym kraju. Po 2 godz. wrocilismy stopem do Chuy (tak brzmi to miasto w jez hiszp) i poszlismy szukac transportu do stoplicy. No i tu mala klapa. Najblizszy, ktory ma wolne miejsca, jest o godz. 5, ale rano nastepnego dnia. Ruszylismy na przejscie i tam postanowilismy, ze bedziemy cos lapac. Przez 4godz nic nas nie chcialo dalej zabrac (byly propozycje max na 40km) i kiedy juz szukalismy miejsc na rozbicie namiotu, zostalismy o godz. 23 zabrani przez dwojke doktorantow z Brazylii do samego Montevideo (340km). Przyjechalismy dosyc sprawnie, bo na miejscu bylismy o godz. 2:30 nad ranem.

Brak komentarzy: