piątek, 14 grudnia 2007

Rio Mamoré - Bolivia



Z rana budza nas zielone papugi latajace wokol drzew kolo naszego hotelu. Idziemy na lodke, a tam mowia, zebysmy przyszli kolo 13. No ladnie-ciekawe czy wyplyniemy dzisiaj. Opoznienie wynika z zaladunku-mamy plynac okretem marynarki wojennej z ladunkiem paliwa: 500tys litrow! No jak to wybuchnie to beda piekne fajerwerki. Idziemy na poszukiwanie sniadania. Nie chce za bardzo znowu sie zatruc, wiec ogladajac tutejsze warunki sanitarne (najlepsza byla restauracja z rozpadajaca sie i powyginana podloga) delektuje sie rybka z konserwy. Przesiadujemy przy piwie i czekamy na znak-sygnal od strony kapitana statku. Znamy tez juz cene: za rejs, ktory ma trwac kolo 3 dni placimy po 150bol od osoby (480km). Mamy plynac dzien i noc. Statek plynie do Guayamarin, czyli na grabnice z Brazylia po rzekach Rio Ichillo, a potem Rio Mamore. My chcemy tylko do Trynidadu. W koncu kolo 12:30 machaja na nas bysmy sie zabierali. No w koncu ruszamy! Ale nie za daleko: otoz po 500 metrach przybijamy do ladu, gdzie jest jednostka wojskowa. Tam spedzamy czas do okolo 17...W miedzyczasie spisuja od nas dane, zolnierze (plyniemy w koncu z zolnierzami) robia ostatnie zakupy, a nasz kapitan w podziekowaniu mlodym zolnierzom za to, ze przytargali lodke na nasza platforme paliwowa, uderza kazdego (i to mocno) w twarz! Jest to ponoc na szczescie. Ten, ktory spisywal od nas dane pytal sie czy umiemy plywac, bo taki rejs taka lodka jest niebezpieczny. Na to my mowimy, ze umiemy, a on jeszcze zakazuje nam palic papierosy i zegna sie z nami.
Teraz juz na pewno ruszamy. Nasza krypa dzieki temu, ze ma platforme paliwowa jest bardziej stabilna. Ma ponad 60 lat, jest z Anglii i 2 lata temu calkowicie zatonela. Nie plywala przez miesiac, a teraz na niej jestesmy. Zaloge tworzy 6 osob, w tym kucharka. Ostrzegaja tez nas bysmy spacerowali po 2 osoby, bo moze nas sciagnac anakonda z pokladu :) Ogolnie sa w porzadku.
A gdzie spimy? Otoz kajuty nie mamy-wyznaczyli nam miejsce na przedzie, gdzie niby moglismy rozlozyc karimaty. Troche bylo malo, wiec zdecydowalismy sie na rozbicie namiotu na platformie paliwowej. Byl tez hamak na ktorym spedzilem pierwsza noc. Widoki sa ciekawe, aczkolwiek z deczka monotonne: drzewa, ptaki i rzeka, ktora stwala sie coraz wieksza. Nastepnego dnia po poludniu zatrzymalismy sie w osadzie Santa Rossa (oczywiscie nie ma tam zadnej drogi, tylko rzeka). Dostalismy ostrzezenie od kapitana, ze jest tu duzo komarow. I rzeczywiscie: miejscowosc nas nie przywitala przyjaznie: nie dosc, ze Lukasz znalazl kawalek kosci (ludzka czy nie? :)) to zaatakowla nas taki roj komarow, ze mozna bylo garsciowac i robic z nich zupe. Przezylem taki nalot tylko raz: jak jechalem rowerem dookola Morza Baltyckiego w poblizu Alty. Bylo podobnie. Spacer 30 minutowy po wiosce w poszukiwaniu jakis owocow i wracamy niesamowicie pogryzieni przez komary (nie pomogl za bardzo repelent z 50% DEET!). Mieszkancy jedynie sa do nas przyjaznie nastawieni: nie chca nas zjesc i chodza w wiekszosci na boso. Jeden z czlonkwo zalogi kupuje od nich piranie.
Nastepnego dnia z rana dowiadujemy sie, ze bedziemy w Trynidadzie o 18-jaka dokladnosc. Tak wiec po 49godz rejsu jestesmy na miejscu-niezle.
Po drodze kupujemy zielone banany-platanos, ktore dziewczyny smaza: dobre zroznicowanie od puszkowo rybnejo-paprykowej diety.
I rzeczywiscie o 18 jestesmy na miejscu. Ale jest pewno ale: nie jestesmy w Trynidadzie. Jestesmy w porcie Varador, 13 km od celu. A Trynidad? Zaloga mowi, zebysmy wzieli ponton i przeprawiali sie. Hmn, no dobra. Jest juz 18, a za godz sie sciemni i tego sie obawiamy: nie chcemy spac pod namiotem w zaglebiu komarow. Mieisjcowi w porcie mowia, zebysmy najlepiej wzieli prywatna lodke i poplyneli w wyznaczonym kierunku. No dobra. Jest czlowiek, ktory nas przewiezie za 30bol za lodke. Ale jaka to lodka: zwylke wydrazone czolno, ktore sie chybocze na lewo i prawo przy kazdym ruchu. Pytamy sie czy tu sa delfiny-przewoznik mowi, ze sa. A krokodyle? Tez sa. O, to juz gorzej, bo jak sie wywroci czolno to nie bedzie za ciekawie. W koncu po 7minutach rejsu przyplywamy pod jakis busz, gdzie stoi jakas platforma. Przechodzimy przez nia i...nie ma ladu. Do brzegu kolo 50 metrow po wodzie. Ups. Dobrze, ze nasz przewoznik deklaruje, ze pomoze nam wziazc plecaki. No ale przejscie po tej wodzie bylo ciekawym doswiadczeniem. A gdzie Trynidad? Prosto-mowi przewoznik. No dobra. Weszlismy w jakis gaszc, dookola lijany i jeszcze zaczyna sie robic ciemno, a konca tej dzungli nie widac. Jest jakas wydeptana sciezka blotna. Ale czy my dojdziemy jeszcze gdzies za widnia? W koncu po 10 minutach spaceru docieramy do jakies drogi. A teraz? Na czuja w lewo. Tam czeka jakas ciezarowka i sa jacys ludzie. Za 20 bol przewoza nas przez kolejna rzeke. Almacen (11km od Trynidadu), no ale stad mozna juz dojechac samochodem. Przeprawa tym czolnem byla jeszcze lepsza, bo co 5 sekund chlopak, z ktorym plynelismy coraz musial wylewac wode, bo nasze czolno tonelo! Udalo sie dotrzec i od razu znalezlismy rozpadajacego Dodga, ktorym docieramy do Trynidadu. Wysadza nas na pierwszych swiatlach i stad bierzemy po motorku i za 2,5bol dojezdzamy na Terminal. Godz 20:30-21 to czas odjazdu autobusow do Santa Cruz. My chcemy dotrzec do San Ramón i za 30bol kupujemy biley na 20:30 (czyli za 10minut). Zapewniaja nas, ze dotrzemy tam na po 3 z rana. Troche niedobrze, ale bedziemy sie tym martwic na miejscu.

Brak komentarzy: