wtorek, 25 grudnia 2007

Puerto Iguazú - Argentina

1$=3.1peso arg (w Polsce 1$=2.51zl).
Na granicy przy wyjazdowej pieczatce paragwajskiej otrzymujemy stempel z data 24.12 i wjezdzamy do Argentyny. Dla mnie jest to juz 60-ty kraj w ktorym jestem. Docieramy do terminalu i ruszamy na poszukiwanie hotelu. Jest wigilia, a wiec postanawiamy nie oszczedzac za mocno i staramy sie znalezc cos co by nam odpowiadalo. W koncu znajdujemy Hostel Sweet Hostel za 25peso od osoby z klima w pokoju i z basenem oraz sniadaniem (czyli 20zl od osoby)! Nam to odpowiadalo. Kwatreujemy sie i ruszamy na miasto, gdzie wymieniamy kase i robimy zakupy na kolacje wigilijna. Udajemy sie do kafejki, gdzie lacze sie przez skypeá z rodzina i zyczymy sobie wszystkiego naj na swieta. W tym czasie bylo urwanie chmury, ktore trwalo ponad 2godz. Wracamy do hotelu i robimy kolacje. A jak wygladala to mozna zobaczyc na zdjeciu. 12 potraw nie bylo, ale byl chleb, ktorym sie podzielilismy, rizotto i piwo. Dla mnie i Lukasza byly to 3 swieta pod rzad poza domem, dla Maji 5 bez rodziny, a dla Marysi pierwsze. Odspiewalismy kolede, a po kolacji pekla butelka wodki, z ktorej skorzystala tez zapoznana tez para z Nowej Zelandii (bardzo sympatyczni). No i wskoczylismy do basenu i przez ponad 2godz taplalismy sie w wodzie. Bylo super. Jedynie Marysia miala sile, by podtrzymac miejscowy obyczaj i w wieczor wigilijny udala sie razem z nowozelandzka para na dyskoteke.
Nastepnego dnia pytam sie co przyniosl Mikolaj? No a na to Marysia, ktora wrocila nad ranem mowi, ze moze zlatwila nam nocleg na sylwestra w Rio (jeszcze go nie mamy). No jakby to byla pradwa to mamy swietny prezent. Poznala na dyskotece kogos z Rio i powiedzial ten ktos, ze nie ma problemu jak sie wpakujemy we 4 do tej osoby. No zobaczymy.
Ruszamy na terminal i jedziemy autobusem oznaczonym napisem Cataractas do wodospadow Iguazú (przejazd 4peso, 15km). Za wejscie trzeba zaplaci 40 peso, co jest sporo zwazywszy, ze to miejsce jest oblegane przez turystow, a sami Argentynczycy placa 14 peso. Za takimi rzeczami nie przepadam i sposobem z Klasztoru Szaolin wchodzimy za darmo (na prawo od wejscia jest parking, a stamtad jest prawie sciezka i sa haszcze przez ktore trzeba kolo 10 minut sie przebijac). Na poczatku ryuszamy pod gardziel Diabla i pierwsze wrazenie dla mnie jest slabe (mysle, ze Niagara byla lepsza), ale to sie zmienia jak ogladamy wododpady od dolu-rzeczywiscie sa ladne. Przeplywamy na wyspe, gdzie kapiemy sie i ogladamy inna czesc wodospadow. Mozna za 50peso udac sie na 12minutowa wycieczka wielkim pononem, gdzie sie podplywa pod wodospad i ten po stronie argentynskiej, i nrazylijskie. W parku spedzamy kolo 6godz i udajemy sie jeszcze na koniec pod wodospad Arrechea, gdzie bierzemy super kapiel w wodospadzie. Ogolnie w parku tlumy i lepiej ruszac z rana. A ze zwierzat widzielismy cos duzo wiekszego niz swinki morksie, tukany, legwany, mnostwo jaszczorek. W sumie pobyt bardzo fajny. Wracamy do miasta i po kolacji pluskamy sie w basenie przy piwie i muzyce. Tak minal pierwszy dzien Bozego Narodzenia. Nastepnego dnia wykwaterowywujemy sie i ruszamy do Brazylii, by ogladnac wodospady z tamtej strony.

Brak komentarzy: