Po dluzszym niz zakladalismy pobycie opuszczamy Asunción. Kierowca pakowal ludzi do autobusu jak kartofle i w koncu wszystkie miejsca siedzace byly zajete, a wsrod stojacych ciezko bylo wsadzic palec, taki byl tlok. Po okolo 2h jazdy nagle w autobusie powstal ruch-panika (powtorka z drogi do Aguas Calientes?). Chwycilem za gaz, bo wygladalo jakby ktos wzial noz i zaczal nim straszyc. Ludzie zaczeli tloczyc sie przy oknach-jedna osoba wyskoczyla.
Co sie dzieje? Okazalo sie, ze w autobusie w srodku pojawil sie duzy dym i ludzie mysleli, ze sie pali. Ale sie uspokoilo po minucie i ruszylismy dalej. Do Ybycuí docieramy okolo 15. Jest goraco. Na dworcu okazuje sie, ze do parku jest jeszcze 30km! A transport ostatni odjechal o godz 12. Wiec co mielismy zrobic? Zdecydowalismy sie, ze jedynym sposobem jest stop, wiec wychodzimy w centrum na ulice i lapiemy. Oczywiscie znalezli sie chetni, by podwiezc za pieniadze (80-100tys guar). Po 30 minutach znalezlismy cos co jechalo okolo 22km. Byla to ciezarowka z przyczepa, a my na niej. Jazda byla fajna. Po tym odcinku lapie stopa do parku i zabieram po drodze towarzyszy podrozy, ktorzy ruszyli wczesnie na piechote. Droga asfaltowa sie skonczyla i wjechalismy (2km) po lesnej drodze. Mielismy chyba szcescie z tym stopem. Czlowiek wyrzucil nas przy miejscu do campingu. Nie musielismy placic ani za camping, ani za wjazd do parku (chyba ze wzgledu na swieta). A w dole byla rzeka i wodospad. W takiej
temperaturze bajka. Od razu wzielismy kapiel w wodospadzie i nastepnie rozbilismy namiot. Mielismy slabe zapasy alkoholu, wiec poprosilismy chlopakow, ktorzy rozbili namiot obok, by podwiezli jednego z nas na zakupy (sklep 2 km od campingu przy drodze do parku). Okazali sie bardzo pomocni szczegolnie dnia nastepnego, ale o tym pozniej. Kupilem piwo i zrobilismy ognisko. MIelonka podsmazana jeszcze z Polski smakowala wysmienicie. Ostrzegalo nas wiele osob przed komarami lub muszkami, ale chyba mielismy szczescie-nie bylo tego wieczoru zadnych. Poszlismy spac, choc jakies dziwne odglosy dochodzily do nas z lasu.
Co sie dzieje? Okazalo sie, ze w autobusie w srodku pojawil sie duzy dym i ludzie mysleli, ze sie pali. Ale sie uspokoilo po minucie i ruszylismy dalej. Do Ybycuí docieramy okolo 15. Jest goraco. Na dworcu okazuje sie, ze do parku jest jeszcze 30km! A transport ostatni odjechal o godz 12. Wiec co mielismy zrobic? Zdecydowalismy sie, ze jedynym sposobem jest stop, wiec wychodzimy w centrum na ulice i lapiemy. Oczywiscie znalezli sie chetni, by podwiezc za pieniadze (80-100tys guar). Po 30 minutach znalezlismy cos co jechalo okolo 22km. Byla to ciezarowka z przyczepa, a my na niej. Jazda byla fajna. Po tym odcinku lapie stopa do parku i zabieram po drodze towarzyszy podrozy, ktorzy ruszyli wczesnie na piechote. Droga asfaltowa sie skonczyla i wjechalismy (2km) po lesnej drodze. Mielismy chyba szcescie z tym stopem. Czlowiek wyrzucil nas przy miejscu do campingu. Nie musielismy placic ani za camping, ani za wjazd do parku (chyba ze wzgledu na swieta). A w dole byla rzeka i wodospad. W takiej
temperaturze bajka. Od razu wzielismy kapiel w wodospadzie i nastepnie rozbilismy namiot. Mielismy slabe zapasy alkoholu, wiec poprosilismy chlopakow, ktorzy rozbili namiot obok, by podwiezli jednego z nas na zakupy (sklep 2 km od campingu przy drodze do parku). Okazali sie bardzo pomocni szczegolnie dnia nastepnego, ale o tym pozniej. Kupilem piwo i zrobilismy ognisko. MIelonka podsmazana jeszcze z Polski smakowala wysmienicie. Ostrzegalo nas wiele osob przed komarami lub muszkami, ale chyba mielismy szczescie-nie bylo tego wieczoru zadnych. Poszlismy spac, choc jakies dziwne odglosy dochodzily do nas z lasu. Nastepnego dnia budzimy sie a dookola nas kilka namiotow. Nie wiem jak to zrobili, ze ich nie slyszelismy w nocy. Zostawiamy przy nich bagaze i ruszamy w gore rzeki na drugi wo
dospad. Tam rowniez sie kapiemy. Jest jeszcze lepszy wodospad, a dookola mnostwo motyli roznych kolorow. Park dla nas bardzo sie spodobal i byl dobra odskocznia od miast. Wrocilismy i wizielismy bagaze i zaczelismy sie zastanawiac jak sie stad wydostac. Ostatni busik z rana wyruszyl kolo 9. Stopa w lesie troche ciezko lapac, wiec poszlismy do naszych znajomych kolegow i zapytalismy czy nas gdzies nie podrzuca. Oni na to, ze jada do babci i wyrzuca nas na trasie nr 1 w kierunku Ercarnación. Dla nas bylo to super. Kupili jeszcze nam zgrzewke piwa zimnego! No po prostu raj. Po godzinie jazdy (kolo 60km) i przejechaniu Ybycuí troche podchmieleni (Maja nie pila, ani zaden z naszych kolegow, wiec szybka zgrzewka na 3 osoby w taki upal dala sie we znaki). A skoro tak dobrze szedl autostop w Paragwaju to probujemy lapac dalej. Po 10 minutach zatrzymuje sie koles, ktory klimatyzowanym autem podwozi nas az do Encarnación (250km). Super. Okazalo sie, ze jest to jakis ojciec protestancki. Czesc z nas poszla spac i budzimy sie pod wyznaczonym miastem. Jeszcze przed wjazdem do Encarnación jest piekny widok na wysokie budynki na Posadas-
miasto w Argentynie. Juz widac stad, ze Argentyna bedzie inna. Po drodze widzimy po raz kolejny wielki plakat ludzi poszukiwanych w tym kraju. Ojciec wyrzucil nas przy wyjezdzie z miasta w kierunku Ciudad del Este. Troche sie ciemno robilo, ale nie zrezygnowalismy z idei autostopowania. I sie udalo! Ale tylko troche. Chcielismy sie dostac do Trynidadu (30km), ale udalo sie tego wieczoru dotrzec tylko 15km dalej. Bylo zbyt ciemno i wzielismy autobus (5tys guar) do Trynidadu. Bylo tloczno jak w kazdym autobusie tego kraju.
dospad. Tam rowniez sie kapiemy. Jest jeszcze lepszy wodospad, a dookola mnostwo motyli roznych kolorow. Park dla nas bardzo sie spodobal i byl dobra odskocznia od miast. Wrocilismy i wizielismy bagaze i zaczelismy sie zastanawiac jak sie stad wydostac. Ostatni busik z rana wyruszyl kolo 9. Stopa w lesie troche ciezko lapac, wiec poszlismy do naszych znajomych kolegow i zapytalismy czy nas gdzies nie podrzuca. Oni na to, ze jada do babci i wyrzuca nas na trasie nr 1 w kierunku Ercarnación. Dla nas bylo to super. Kupili jeszcze nam zgrzewke piwa zimnego! No po prostu raj. Po godzinie jazdy (kolo 60km) i przejechaniu Ybycuí troche podchmieleni (Maja nie pila, ani zaden z naszych kolegow, wiec szybka zgrzewka na 3 osoby w taki upal dala sie we znaki). A skoro tak dobrze szedl autostop w Paragwaju to probujemy lapac dalej. Po 10 minutach zatrzymuje sie koles, ktory klimatyzowanym autem podwozi nas az do Encarnación (250km). Super. Okazalo sie, ze jest to jakis ojciec protestancki. Czesc z nas poszla spac i budzimy sie pod wyznaczonym miastem. Jeszcze przed wjazdem do Encarnación jest piekny widok na wysokie budynki na Posadas-
miasto w Argentynie. Juz widac stad, ze Argentyna bedzie inna. Po drodze widzimy po raz kolejny wielki plakat ludzi poszukiwanych w tym kraju. Ojciec wyrzucil nas przy wyjezdzie z miasta w kierunku Ciudad del Este. Troche sie ciemno robilo, ale nie zrezygnowalismy z idei autostopowania. I sie udalo! Ale tylko troche. Chcielismy sie dostac do Trynidadu (30km), ale udalo sie tego wieczoru dotrzec tylko 15km dalej. Bylo zbyt ciemno i wzielismy autobus (5tys guar) do Trynidadu. Bylo tloczno jak w kazdym autobusie tego kraju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz