Tu musze napisac oddzielnego posta.
Docieramy o godz. 5:30 do Villamontes i udajemy sie 2km do centrum (w lewo), by znalezc jakis transport do Ibibobo. Autobusu do Asunciôn o tej
porze juz nie ma, wiec z zasada aby do przodu, chcemy jechac w kierunku granicy paragwajskiej.
Znajsujemy mikrobus o godz 8 za 18bol do Ibibobo (jada w pon, sr, czw i ndz). Wczesniej jemy dobre sniadanko na bazarze. Mial to byc ostatni posilek przez najblizsze dlugie godziny. Wtedy tego nie wiedzielismy.
Pó wyjezdzie z Villamontes asfalt sie skonczyl i zaczela sie zwirowka. W pewnym momencie musielismy jechac objazdem i podrozowalismy pó lesnych sciezkach. Pó drodze mikrobus zatrzymywal sie, by zwostawic ludzi i towary. O godz 10 rano dojezdzamy do Ibibobo.
Pó lewej jednostka wojskowa, a pó prawej budynek z napisem “Migraccion”, gdzie dostaje sie pieczatke wyjazdowa z Boliwii. Od razu widac, zé jestesmy turystami i zgarnia nas policjant i prowadzi do naczelnika. Tem z powazna mina kaze nam usiasc i pierwsze co nas sie pyta to, czy many auto. My na to, zé nie. Tem wiec tak powiedzial: sluchajcie. Nie ma tu hotelu. Nie ma prysznica. Nie ma toalety. Nie ma niczego (ktos to kiedys obiecywal w Polsce J). Sa 3 autobusy, ktore tedy jada: od 2 do 4 nad ranem. Jak bedziecie mieli szczescie to moze wczesniej zabierze was ciezarowka. Stempla wyjazdowego nie moge wam teraz dac, bo musielibyscie pouscic kraj dzis,
a do nastepnej odprawy granicznej (czyli paragwajskiej) jest 240 km! Ostatni samochod przejechal tedy 4 godz temu.
No to niezle zesmy trafili. Jeszcze nigdy nie widzialem takiego ogromnego pasa granicznego! 240km! My tam niezrazeni, pelni optymizmu, nie wierzac w to, co ten sluzbista mowi, rozkladamy sie przy stolach obok budki “Migraccion”.
Godz. 12 (2 godz. czekania)-zaczelismy byc glodni. Lukasz wpada na pomysl, by ugotowac zupke. No dobra; a jak cos przyjedzie? Trudno-zupke wyrzucimy i sie zaladujemy.
Godz. 13 (3 godz.)-zupka byla smaczna, ale czemu tedy nic nie jedzie? Przeciez jestesmy na glownym przejsciu granicznym miedzy dwoma krajami. Rozumiem, zé asfaltu nie ma, ale to nie powod, by nie jezdzic przez granice.
Godz. 14 (4 godz)-jakas swinia przebiegla przez droge.
Godz. 15 (5 godz.)-pojawilo sie auto na horyzoncie. Zatrzymalo sie przy “Migraccion”. Pytamy dokad jada? Oni n ato, ze do Paragwaju! No super, ale jak wylazlo z auta 6 osob i 2 osoby z bagaznika, to wiedzielismy, ze nie bedzie dla nas miejsca. Trudno.
Godz. 16 (6 godz)-kolejne auto na horyzoncie. Policjant uspokaja nas i mowi, ze te auto zna i ze wiezie pracownikow na budowe drogi oddalonej od Ibibobo 15km. No trudno. Pytamy si eco tutaj jest ciekawego. On n ato, ze jestesmy w centrum, a tam dalej jest kosciol. Ale ksiadz tu przyjezdza raz na miesiac, bo tu nikt nie zaglada. A zreszta w ogole mamy pecha, bo jest niedziela i rusz jest maly. No malo to slabo powiedziane.
Godz. 16:30 (6 i pol godz)-obok nas jest jedyny sklepik, a tam papier toaletowy, woda, piwo, ciastka i wino. My juz nie wytrzymujemy i kupujem,y pierwsze wino za 10bol. Przypomnialy sie czasy studenckie jak czasami sie pilo takiego typu wina. Nam to juz w tym miejscu bylo wszystko jedno. Wyciagamy kosci do gry i
gramy.
Godz. 18 (8 godz)-pekla juz czwarta butelka wina. Nic nie przejechalo, mnie zmulilo i poszedlem spac. Naczelnik mowi jeszcze, bysmy sie uciszyli, bo to jest granica i trzeba zachowac powage.
Godz. 22:30 (12 i pol godz.)-budze sie. Po przeciwnej stronie stoja 3 tiry, no ale jada nie w ta strone, co trzeba. Wylaczyli generator I w Ibibobo zapanowaly egipskie ciemnosci. Dziewczyny poszly spac, a ja z Lukaszem rozwiazywalismy sudoku.
Godz. 1:30 (15 i pol godz)-muli mnie znowu I ide drzemac na niewygodnej lawce; ale w koncu zaraz mial przyjechac autobus, wiec moglem troche sie pomeczyc.
Godz. 3:00 (17 godz.)-przbudzilem sie. Gdzie jest ten autobus? Jakas pani obok po ciemku rozklada sie ze stanowiskiem sprzedazy jakis pierdolek; a wiec cos zaraz ma przyjechac.
Godz. 6:00 (20 godz.)-obudzilem sie. Gdzie jest ten autobus? Obudzili sie zreszta juz wszyscy. Maja tylko dzielnie czuwala koncowke nocy. Ale byslismy wkurzeni. Naczelnik nie byl w stanie powiedziec czemu tak sie dzieje. Usiadl tylko obok, wlaczyl radio I posluchal z powazna mina porannego przemowienia Evo Moralesa.
Godz. 7 (21 godz czekania)-jest! Pojawia sie na horyzoncie autobus. Ba I to nie jeden, tylko 2! My prawie calujemy ziemie z radosci. Idziemy sie odprawiac, ale naczelnik mowi, ze pani z baru obok mowi, ze dokonano wlamania do jej baru, a my jestesmy podejrzani. No zgadza sie: przeskoczylem drzwi o wysokosci jednego metra po to, by sie przespac tam na podlodze. Po sprawdzeniu, ze nic nie zginelo ( w srodku byl worek z ziemniakami, solniczka I patelnia) dostajemy upragnione pieczatki. Podjezdzaja autobusy I dogadujemy sie, ze jeden z nich zabierze nas za 20$ od osoby do Asunciôn-I tak kierowcy wzieli to do kieszeni. Chcieli na poczatku po 40$ od osoby, ale nie po to tyle czekalismy, zeby placic prawie tyle samo, co z Santa Cruz. Jeszcze odprawiaja sie pasazerowie I o godz 8 nad ranem po 22godz. czekania ruszamy!Sama granica jest oddalona o okolo 100km od Ibibobo. Od razu mozna to zauwazyc, bo konczy sie szutrowka i pojawia sie asfalt oraz napis: Republica de Paraguay. A wiec w koncu jestesmy w Paragwaju.
Docieramy o godz. 5:30 do Villamontes i udajemy sie 2km do centrum (w lewo), by znalezc jakis transport do Ibibobo. Autobusu do Asunciôn o tej
Znajsujemy mikrobus o godz 8 za 18bol do Ibibobo (jada w pon, sr, czw i ndz). Wczesniej jemy dobre sniadanko na bazarze. Mial to byc ostatni posilek przez najblizsze dlugie godziny. Wtedy tego nie wiedzielismy.
Pó wyjezdzie z Villamontes asfalt sie skonczyl i zaczela sie zwirowka. W pewnym momencie musielismy jechac objazdem i podrozowalismy pó lesnych sciezkach. Pó drodze mikrobus zatrzymywal sie, by zwostawic ludzi i towary. O godz 10 rano dojezdzamy do Ibibobo.
Pó lewej jednostka wojskowa, a pó prawej budynek z napisem “Migraccion”, gdzie dostaje sie pieczatke wyjazdowa z Boliwii. Od razu widac, zé jestesmy turystami i zgarnia nas policjant i prowadzi do naczelnika. Tem z powazna mina kaze nam usiasc i pierwsze co nas sie pyta to, czy many auto. My na to, zé nie. Tem wiec tak powiedzial: sluchajcie. Nie ma tu hotelu. Nie ma prysznica. Nie ma toalety. Nie ma niczego (ktos to kiedys obiecywal w Polsce J). Sa 3 autobusy, ktore tedy jada: od 2 do 4 nad ranem. Jak bedziecie mieli szczescie to moze wczesniej zabierze was ciezarowka. Stempla wyjazdowego nie moge wam teraz dac, bo musielibyscie pouscic kraj dzis,
No to niezle zesmy trafili. Jeszcze nigdy nie widzialem takiego ogromnego pasa granicznego! 240km! My tam niezrazeni, pelni optymizmu, nie wierzac w to, co ten sluzbista mowi, rozkladamy sie przy stolach obok budki “Migraccion”.
Godz. 12 (2 godz. czekania)-zaczelismy byc glodni. Lukasz wpada na pomysl, by ugotowac zupke. No dobra; a jak cos przyjedzie? Trudno-zupke wyrzucimy i sie zaladujemy.
Godz. 13 (3 godz.)-zupka byla smaczna, ale czemu tedy nic nie jedzie? Przeciez jestesmy na glownym przejsciu granicznym miedzy dwoma krajami. Rozumiem, zé asfaltu nie ma, ale to nie powod, by nie jezdzic przez granice.
Godz. 14 (4 godz)-jakas swinia przebiegla przez droge.
Godz. 15 (5 godz.)-pojawilo sie auto na horyzoncie. Zatrzymalo sie przy “Migraccion”. Pytamy dokad jada? Oni n ato, ze do Paragwaju! No super, ale jak wylazlo z auta 6 osob i 2 osoby z bagaznika, to wiedzielismy, ze nie bedzie dla nas miejsca. Trudno.
Godz. 16 (6 godz)-kolejne auto na horyzoncie. Policjant uspokaja nas i mowi, ze te auto zna i ze wiezie pracownikow na budowe drogi oddalonej od Ibibobo 15km. No trudno. Pytamy si eco tutaj jest ciekawego. On n ato, ze jestesmy w centrum, a tam dalej jest kosciol. Ale ksiadz tu przyjezdza raz na miesiac, bo tu nikt nie zaglada. A zreszta w ogole mamy pecha, bo jest niedziela i rusz jest maly. No malo to slabo powiedziane.
Godz. 16:30 (6 i pol godz)-obok nas jest jedyny sklepik, a tam papier toaletowy, woda, piwo, ciastka i wino. My juz nie wytrzymujemy i kupujem,y pierwsze wino za 10bol. Przypomnialy sie czasy studenckie jak czasami sie pilo takiego typu wina. Nam to juz w tym miejscu bylo wszystko jedno. Wyciagamy kosci do gry i
Godz. 18 (8 godz)-pekla juz czwarta butelka wina. Nic nie przejechalo, mnie zmulilo i poszedlem spac. Naczelnik mowi jeszcze, bysmy sie uciszyli, bo to jest granica i trzeba zachowac powage.
Godz. 22:30 (12 i pol godz.)-budze sie. Po przeciwnej stronie stoja 3 tiry, no ale jada nie w ta strone, co trzeba. Wylaczyli generator I w Ibibobo zapanowaly egipskie ciemnosci. Dziewczyny poszly spac, a ja z Lukaszem rozwiazywalismy sudoku.
Godz. 1:30 (15 i pol godz)-muli mnie znowu I ide drzemac na niewygodnej lawce; ale w koncu zaraz mial przyjechac autobus, wiec moglem troche sie pomeczyc.
Godz. 3:00 (17 godz.)-przbudzilem sie. Gdzie jest ten autobus? Jakas pani obok po ciemku rozklada sie ze stanowiskiem sprzedazy jakis pierdolek; a wiec cos zaraz ma przyjechac.
Godz. 6:00 (20 godz.)-obudzilem sie. Gdzie jest ten autobus? Obudzili sie zreszta juz wszyscy. Maja tylko dzielnie czuwala koncowke nocy. Ale byslismy wkurzeni. Naczelnik nie byl w stanie powiedziec czemu tak sie dzieje. Usiadl tylko obok, wlaczyl radio I posluchal z powazna mina porannego przemowienia Evo Moralesa.
Godz. 7 (21 godz czekania)-jest! Pojawia sie na horyzoncie autobus. Ba I to nie jeden, tylko 2! My prawie calujemy ziemie z radosci. Idziemy sie odprawiac, ale naczelnik mowi, ze pani z baru obok mowi, ze dokonano wlamania do jej baru, a my jestesmy podejrzani. No zgadza sie: przeskoczylem drzwi o wysokosci jednego metra po to, by sie przespac tam na podlodze. Po sprawdzeniu, ze nic nie zginelo ( w srodku byl worek z ziemniakami, solniczka I patelnia) dostajemy upragnione pieczatki. Podjezdzaja autobusy I dogadujemy sie, ze jeden z nich zabierze nas za 20$ od osoby do Asunciôn-I tak kierowcy wzieli to do kieszeni. Chcieli na poczatku po 40$ od osoby, ale nie po to tyle czekalismy, zeby placic prawie tyle samo, co z Santa Cruz. Jeszcze odprawiaja sie pasazerowie I o godz 8 nad ranem po 22godz. czekania ruszamy!Sama granica jest oddalona o okolo 100km od Ibibobo. Od razu mozna to zauwazyc, bo konczy sie szutrowka i pojawia sie asfalt oraz napis: Republica de Paraguay. A wiec w koncu jestesmy w Paragwaju.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz