sobota, 15 grudnia 2007

Chiquitano Jeseuit Missions - Bolivia

Do San Rámon docieramy oczywiscie wczesniej o 2 nad ranem. No i co robic? Mamy namiar od padre Tomka z Bulo Bulo na kolejnego ksiedza Polaka-padre Kazimiero. Szukamy kosciola. No jak by mnie ktos obudzil o 2 nad ranem to chyba bym pogonil kijem. Ale padre Kazek jak przystalo na fajnego ksiedza troche zaspany przyjmuje nas. Oczywiscie jest zaskoczony, ale wszystko gra. Mozemy spac do 8 rano, bo wowczas wyjezdza, a my mamy tez opuscic ten przybytek. Po sniadaniu ruszamy taxi do San Javier za 50bol od auta (42km). Jest to pierwsza misja na szlaku misji boliwijskich wpisanych na liste UNESCO. Ta akurat jest najstarsza (rok zalozenia 1691). Troche naogladalem sie architektury koscielnej, ale ta robi na mnie wielkie wrazenie: w bardzo prosty sposob uzyskano skromny, ale niesamowity efekt ozdobien. Wejscie na teren tych misji kosztuje 5bol, ale jak napisalem wczesniej bardzo duze wrazenie zrobilo na mnie. Stad ruszamy do Concepción mikrobusem za 5bol (o 11:30, sa tez autobusy o 8:30 i tak co 3godz do 19:30). Po drodze ziemia zmienia kolor na czerwony, a krajobraz przypomina mi ten, ktory jest na Suwalszczyznie (gdyby nie palmy pomyslalbym, ze jestem w domu): teren pagorkowaty i duzo skal. Docieramy do glownej misji okolo godz 14 i decydujemy sie, ze tu zostajemy na noc. I tu tez sa polscy ksieza: padre Marco (Marek), padre Mario (Mariusz) i biskup Antoni. Po kilku minutach znajdujemy padre Mario (chyba najbardziej wyluzowany z nich wszystkich)-jest zazwyczaj w warsztacie samochodowym. Z noclegiem nie ma problemu. Zwiedzamy katedre i pobliske muzeum (wejscie 8bol), gdzie znajduja sie pamiatki po prezydencie Boliwii z lat 70-tych i 90-tych-Hugo Banzer i rekwizyty z katedry. Wracamy po zwiedzeniu miasteczka na teren misji, padre Mario pokazuje nam jadowita zmije, ktora przez przypadek znalazla sie na terenie warsztatu (zabita przez pracownikow) i jedziemy z nim samochodem do oddalonej misji (nowoczesnej) San Juan na msze. Jestesmy mile przywitani przez miejscowych; wracamy do Cocepción. Po drodze widzimy mnostwo pajeczyn, zrobionych przez kilka pajakow; ogromnych-pierwszy raz cos takiego widzimy. Na miejscu jestesmy przywitani przez biskupa (pierwszy raz widzialem tak fajnego czlowieka, pelniacego taki urzad koscielny) i po krotkim poczestunku udajemy sie na miasto, by kupic bilety na jutro (godz.7) do Santa Cruz (kupujemy po 35bol, 300km, 5,5godz). Obok misji coraz glosniej gra muzyka przy ktorej strajkuja glodujacy, domagajacy sie autonomii dla Santa Cruz. Wyglada to bardziej na ludzi swietujacych niz glodujacych.
Nastepnego dnia po sniadaniu i po pozegnaniu ruszamy do Santa Cruz (autobus nr102)-miasta, ktore ma w ten weekend oglosci autonomie na zasadzie hiszpanskich miast. Nie wiadomo czy nie dojdzie w ten weekend do podobnych wydarzen, jakie mialy miejsce w Sucre 2 tygodnie wczesniej. Trasa jak trasa, ale po drodze jedziemy po dlugim moscie kolejowym, nie przez, ale po. Pierwszy raz jade po takim moscie autobusem (obok jest budowany nowy) i taki przejazd dostarcza troche adrenaliny, bo deski coraz wygladaja jakby mialy sie zapasc pod ciezarem pojazdu. W Santa Cruz docieramy na nowy terminal i stamtad bierzemy busik nr101 i ruszamy na stary terminal, skad bierzemy taxi wieloosobowe i za 25bol docieramy do Samaipata.

Brak komentarzy: