Jeszcze przed wyjazdem w Sucre na dworcu autobusowym zachodzimy pod nasz autobus. Trudno wierzyc tym, co sprzedaja bilety i pokazuja zdjecia autobusow, ktorymi sie jedzie. I tym razem nie bylo to zgodne. Najlepsze bylo to, jak Lukasz podszedl na tyl autokaru i zobaczyl tylne opony, a tam gigantyczne bable. Pokazal mi to, a pozniej po nas zebral sie spory tlum pasazerow przy tych oponach. Zostala wezwana policja. W naszym kraju za takie cos zostalby zabrany dowod osobisty, a tu...Policja sprawdzila czy kierowca ma kolo zapasowe i puscila pojazd! Jak ruszylismy niezle bujalo na lewo i prawo-troche z poczatku sie balismy, bo jechalismy nad przepasciami, a droga byla nieasfaltowana, jednak zmeczenie zwyciezylo i o 5 nad ranem obudzilismy sie w Cochabambie. Od razu na
dworcu znalezlismy autobus firmy America w kierunku Santa Cruz, ktorym zabralismy sie do miasteczka miedzy Cochabamba a Santa Cruz (30bol, 6h, 300km). Na mapach od La Paz az po granice chilijska nie udalo nam sie znalezc tej miejscowosci na mapie (dopiero na wspomnianej granicy). Bedac jeszcze w La Paz poznalismy ks. Tomka wlasnie stamtad, ktory zapraszal nas do siebie do tropikow. Dla osob, ktore zajmuja sie wyrabianiem narkotykow (szczegolnie kokainy) to miasteczko znane jest jako boliwijskie centrum wyrobu tegoz narkotyku.
I rzeczywiscie jadac w kierunku tego miasteczka, zjezdzalismy na dol i robilo sie coraz cieplej. I kiedy wyszlismy z autokaru podczas jednego z postojow, nagle buch goracego powietrza: kolo 32 stopni ( a jeszcze 2 dni wczesniej marzlismy w Potosi przy padajacym sniegu). Wjezdzajac do okregu Santa Cruz autokar jest poddawany specjalnej kontroli w celu wykrycia narkotykow. Dojezdzamy do miasteczka i znajdujemy kosciol i ks Tomka, ktory nas serdecznie wita. Po krotkim odpoczynku jedziemy na jedzenie i na polow ryb w jednej z rzek. Ogolnie poruszanie sie po tym terenie jest troszke niebezpieczne ze wzgledu na kartele narkotykowe, ale ks. Tomek jest tu juz nznany (3 lata jest tu). Probujemy z Lukaszem lapac ryba poprzez rzucanie siatki, ale nic nie lapiemy-ks Tomek lapie 2 ryby. Wracamy do domu, gramy w pilke z miejscowymi i idziemy spac.
dworcu znalezlismy autobus firmy America w kierunku Santa Cruz, ktorym zabralismy sie do miasteczka miedzy Cochabamba a Santa Cruz (30bol, 6h, 300km). Na mapach od La Paz az po granice chilijska nie udalo nam sie znalezc tej miejscowosci na mapie (dopiero na wspomnianej granicy). Bedac jeszcze w La Paz poznalismy ks. Tomka wlasnie stamtad, ktory zapraszal nas do siebie do tropikow. Dla osob, ktore zajmuja sie wyrabianiem narkotykow (szczegolnie kokainy) to miasteczko znane jest jako boliwijskie centrum wyrobu tegoz narkotyku.I rzeczywiscie jadac w kierunku tego miasteczka, zjezdzalismy na dol i robilo sie coraz cieplej. I kiedy wyszlismy z autokaru podczas jednego z postojow, nagle buch goracego powietrza: kolo 32 stopni ( a jeszcze 2 dni wczesniej marzlismy w Potosi przy padajacym sniegu). Wjezdzajac do okregu Santa Cruz autokar jest poddawany specjalnej kontroli w celu wykrycia narkotykow. Dojezdzamy do miasteczka i znajdujemy kosciol i ks Tomka, ktory nas serdecznie wita. Po krotkim odpoczynku jedziemy na jedzenie i na polow ryb w jednej z rzek. Ogolnie poruszanie sie po tym terenie jest troszke niebezpieczne ze wzgledu na kartele narkotykowe, ale ks. Tomek jest tu juz nznany (3 lata jest tu). Probujemy z Lukaszem lapac ryba poprzez rzucanie siatki, ale nic nie lapiemy-ks Tomek lapie 2 ryby. Wracamy do domu, gramy w pilke z miejscowymi i idziemy spac.
Nastepnego dnia jedziemy taksowka wieloosobowa do Montero (120km) po auto, ktore zostalo po tamtej stronie ze wzgledu na blokady. Z reszta z tymi blokadami drog to smieszna rzecz-ludzie jak chca czegos to blokuja drogi: a to niepelnosprawni, a to mieszkancy jakiejs wioski, by zrobili u nich oswietlenie. Ogolnie Boliwia ma sporo problemow, a wiec i blokad z tygodnia na tydzien przybywa. Stamtad jedziemy do Santa Cruz, gdzie zwiedzamy miasto-Tomek oddaje auto do przegladu technicznego (w Boliwii wyglada to tak, ze siedzi facet przy posterunku policji, auta w ogole nie widzi i podbija, ze wszystko jest sprawne za 20bol i mozna przez nas
tepny rok dalej jezdzic; bardzo proste...). Tym razem ten co podbijal papiery podszedl do auta i otworzyl maske-sprawdzil czy jest silnik i puscil nas! Santa Craz robi na mnie wrazenie pod jednym wzgledem: w 2001 roku mieszkalo tam kolo miliona osob, a po 6 latach liczba zwiekszyla sie az o 500 tys osob. Pod wieczor wracamy do bazy.
tepny rok dalej jezdzic; bardzo proste...). Tym razem ten co podbijal papiery podszedl do auta i otworzyl maske-sprawdzil czy jest silnik i puscil nas! Santa Craz robi na mnie wrazenie pod jednym wzgledem: w 2001 roku mieszkalo tam kolo miliona osob, a po 6 latach liczba zwiekszyla sie az o 500 tys osob. Pod wieczor wracamy do bazy.Nastepnego dnia padal deszcze i zrozumialem co to znaczy pora deszczowa: pada, potem leje, leje i potem pada a na koniec leje. Poza tym pojawily sie u mnie jakies klopoty zoladkowe, ktore wyleczylem podczas pobytu w tym miasteczku. Przez te wlasnie klopoty i przez deszcz nie chcialo mi sie nigdzie ruszac; a mozna bylo pojechac do Villa Tunari by poogladac jakis dzikie zwierzeta. My mielismy to robic wlasnie tu, ale jak napisalem wyzej, nie udalo sie to.
Spedzilismy w zaglebiu koki 7 dni. Moze to troche za dlugo, ale tez chcielismy poczekac na Marysie, ktora miala do nas dolaczyc. Ogolnie byl to fajny odpoczynek na hamaczku. Poznalismy tez miasteczko, ktore powstalo 30 lat temu i teraz mieszka tam kolo 3tys osob. Ktoregos wieczory jak jechalismy motorami z Lukaszem po miescie mowiono juz do nas padre. Codziennie rano budzilo nas miejscowe radio, ktore pelnilo role nadajnika ze swoim: atenccion, atenccion. I czasami tak co godz w ciagu dnia do wieczora. Wlasciciel tej rozglosni operowal tez dwoma kanalami tv: kazdy mogl ogladac tylko to, co on nastawil. Tak wiec do 19 byl jakis program zwierzecy, a potem albo pilka nozna, albo film. A na drugim kanale lecialy wiadomosci: do 20 byly prorzadowe, a po byly antyrzadowe. I tak w pierwszych np. podano, ze wyladowal samolot boliwijski w Wenezueli bez broni, a w tych drugich ze wyladowal z bronia na pokladzie i za to przeprasza prezydent Boliwii. Zreszta jego pozycja ostatnio podupadla, bo Hugo Chavez przegral teraz referendum w swoim kraju, w ktorym chodzilo m.in. o to, by rzadzil do konca zycia w
Wenezueli. W tym miasteczku jest sklep przy sklepie. Ale ludzie glownie zajmuja sie produkcja narkotykow. Mlodzi chlopcy ida gdzies do lasu i dostaju po 50-60$ za chodzenie w papce narkotykowej zmieszanej z roznymi bielaczami i innym swinstwem. Po tym maja troche zzarte stopy od tej chemii. Przez noc mozna zrobic kolo 4-5kg i za to wlasciciele maja po okolo 1700$ za kg.
Wenezueli. W tym miasteczku jest sklep przy sklepie. Ale ludzie glownie zajmuja sie produkcja narkotykow. Mlodzi chlopcy ida gdzies do lasu i dostaju po 50-60$ za chodzenie w papce narkotykowej zmieszanej z roznymi bielaczami i innym swinstwem. Po tym maja troche zzarte stopy od tej chemii. Przez noc mozna zrobic kolo 4-5kg i za to wlasciciele maja po okolo 1700$ za kg.Nadeszla niedziela i nie doczekalismy sie na Maysie, a ze nie moglismy juz wysiedziec pozegnalismy padre Tomka i Justyne (jest tam na wolontariacie-ogolnie super ludzie, ale Tomek ma bardzo wybujana fantazje odnosnie wezy i innych dzikich zwierzat) i udalismy sie taxi wieloosobowa do Ivirarsama (50km, 12bol). Tam robimy zakupy, bo chcemy poplynac do Trynidadu. Azeby tego dokonac trzeba ruszyc jeszcze taxi wieloosobowa do Puerto Villaruel (20km na pn, 5bol). To jest wlasnie to miasteczko z oswietleniem posrodku. Bardzo dziwnie wyglada: posrodku 12 latarni, dlugosc wioski moze 200m, na koncu pietrowy domek, ktore spelnia funkcje informacji turystycznej (wlasciwie to tej informacji tam brak). Szukamy statku (plywaja bardzo nieregularnie, trzeba po prostu byc i pytac, ale srednio co 3-4dni). Nastepny plynie jutro z rana. Mowia nam, ze mamy byc o 8 i poplyniemy. Ile? Jutro sie dogadamy. Widac, ze poziom rzeki sie zwieksza a po glownym nurcie plynie mnostwo drzewa (nawet z korzeniami). Znajdujemy nocleg na lewo od pseudo-informacji za 15bol od os). Dzwonimy do padre Tomka i mowi, ze Marysia juz przyjechala, tak wiec wieczorem dociera do nas i we czworke mozemy sie szykowac do rejsu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz