środa, 19 grudnia 2007

Asuncion - Paraguay

Waluta Paragwaju 1$=4670guarani (1$=2.49zl w Polsce). My z poczatku wymienilismy troche pieniazkow w Ibibobo na ulicy (po 4500 za 1$). W banku dostalismy wlasnie 4670, ale w duzych supermarketach mozna placic dolarami i wychodzi jeszcze lepiej, bo pó 4690guarani. Najprosciej przeliczyc jest w tem sposob: 1zl to 2000guarani. Paliwo jest pó 4350guarani, ropa podobnie.
Zegarki przesuwamy o godz. do przodu. Tak wiec jestesmy juz tylko o 4 godz roznicy z Polska. Pó prawie 4 godz jazdy docieramy do Mariscal Estrigarribal. Tu autobus zatrzymuje sie na odprawe paragwajska. Wszyscy wysiadaja i biora bagaze. Czuje sie jak na granicy rosyjskiej, ktora przekraczalem ponad 100 razy: tam tez trzeba wylazic z bagazami. Dokladnie ogladaja moj bagaz, ale glownie szukaja narkotykow. My ich nie mamy, wiec przechodzimy kontrole celna, bierzemy pieczatki wjazdowe i ruszamy dalej. Do Asunciôn pozostalo 525km. W autobusie dostajemy 2 posilki. O godz. 20 docieramy do stolicy kraju. Jest 30 stopni. Sam Paragwaj zdaje sie inaczej wygladac, bo jest tu duzo ludzi roznej karnacji: duzo jest tez ludzi z pochodzenia europejskiego. No i as tu bardzo ladne dziewczyny. Powrocila tez idea spania z HC i w umowionym miejscu odbiera nas nasza pani gospodarz, u ktorej juz as 2 Polacy. W sumie razem bylo nas 6 osob z Polski. Calkiem niezle, dodajac jeszcze, zé Paragwaj to nie jest miejsce turystyczne.
Pó noclegu udajemy sie na male zakupy. Piwo litrowe Brahma kosztuje 5500guar, kielbasa kg 18tys guar, pomidory 2500guar. Nastepnie Vivien (bo tak ma naimie osoba, u ktorej spimy) podwozi nas do centrum. Chodzimy pó Plaza de los Heros. Tam kupujemy na straganach kubki do terere. Jest to napoj popularny w tym kraju i w Argentynie. Pije si ego na zimno lub cieplo przez taka specjalna metalowa lyzke wraz z dodatkiem jakis ziol. Mnostwo ludzi robi to na ulicach stolicy, pó ktorej chodzi wraz z termosami. Zwazywszy na wysoka temperature (w ciagu dnia jest teraz nawet 35 stopni lub wiecej) jest to swietna forma chlodzenia organizmu. Ruszamy na wschodnia czesc miasta. Spacerujemy pó Plaza de Independência i kolo katedry. Udajemy sie tez pod palac prezydencki. Jest to bardzo ciekawe miejsce. W zyciu czegos takiego nie widzialem: piekny budynek z wapienia przedstwaiciela panstwa, a za nim osiedle slamsow! I tu w tym miejscu trzeba uwazac, bo kreci sie tam chmara dzieciakow, ktore tylko czekaja na okazje, by cós ukrasc. Podchodza do kazdego i zaczepiaja prosza o pieniadze. Wlasnie tam 3 tyg temu Vivien zostala zaatakowan kamieniami przez grupe wyrostkow 6-8 lat. Byla tam wraz z gosciem z HC z USA, ktory zrobil zdjecie grupce osob. Ci to zauwazyli i obrzucali ich kamieniami. Pó tej akcji oboje znalezli sie w szpitalu z powaznymi obrazeniami, ale bez osobistych rzeczy. Niezle...Wraz z Lukaszem zagladamy tez do miejscowego fryzjera i obcinamy sobie wlosy (od 10tys guar do 16tys guar). Wracamy do Vivien i przy grilu wraz z jej znajomymi spedzamy te noc.
Nastepnego dnia postanawiamy wybrac sie poza miasto. Jedzie z nami znajomy Vivien, a udajemy sie nad jezioro na terenie poniemieckich kolonii. Niemcy przybyli tu w wieku XIX, glownie za siostra Nitche i wybrali calkiem ladne miejsce. Jedziemy autobusem spod domu Vivien i zmieniamy autobus do San Bernardino (4tys guar). Normalnie autobus po miescie kosztuje 2100guar. Odleglosc do SB 50km, 1,5godz jazdy. Wysiadamy i idziemy w kierunku wielkiego jeziora Ypacarai. Po drodze dowiadujemy sie od naszego znajomego, ze wlasnie zaraz odbedzie sie spotkanie (na ktore w koncu nie dotarlismy, bo sie mocno spoznilismy) w sprawie zanieczyszczenia jeziora. Jak sie okazalo jezioro jest tak zanieczyszcone, ze lepiej tam sie nie kapac. A skoro mowi to osoba, ktora pisze prace magisterska o tym, to my z Lukaszem uwierzylismy mu. Dziewczyny poszly sie kapac. Woda byla jak rosol, bo na zewnatrz byl duzy upal. No a w takiej pogodzie nie chce sie za duzo robic. Ale najpierw zjedlismy super smaczne lody za 250ml za 6500guar, a potem kupilismy sobie po hamaku (za 60tys guar, czyli 30zl)-no coz moj plecak zaczyna byc coraz ciezszy-a nastepnie poszlismy pospacerowac po okolicy. Miasteczko przyjemne i az zal, ze jezioro wokol niego jest tak brudne. Woda jest prawie czarna. Wracamy po poludniu do Asuncion i po odpoczynku udajemy sie ze znajomymi na dyskoteke. Ludzi za duzo nie bylo, ale mozna fajnie bylo sie pobawic.
Budze sie z malym bolem glowy. Jedziemy do miasta i ogladamy to czego nie udalo nam sie jeszcze do tej pory zobaczyc. Ogolnie miasto sprawia wrazenie sympatycznego, ale jest az za goraco. Mamy 20.12 a jest 40 stopni w cieniu! Niesamowity kontrast pozostawiaja palmy na ulicach, witryny swiateczne i mikolaje. A do tego slonce swieci pelna geba. Znajdujemy poczte i wysylamy kartki do Polski (znaczek 8tys guar). Nastepnie po odpczynku w kafejce internetowej (3tys-6tys guar za godz) udajemy sie na bazar owocowy (owoce sa tanie, np. 6 ananasow za 5tys guar) i wracamy do domu.
Nastepnego dnia miejskim autobusem (przypomne 2100guar) ruszamy na dworzec autobusowy. Tam znajdujemy polaczenie do Ybycui w kierunku parku narodowego za 14tys guar o godz 12:10, 120km, 3h jazdy (autobusow jest sporo w ciagu dnia, ale jezdi tam tylko jedna firma). Poza tym jakby ktos chcial jechac autobusem do Buenos Aires to taki koszt stad to 38$. Sa tez autobusy do Limy za 170$.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

hehe...Wam tez Wesołych Świat...od Pawełka i całego dorado skałd :)

Anonimowy pisze...

Heja
molo Was wszystkich bylo goscic w Asuncion ;)Zycze powodzenia w realizacji dalszych planow choc sam go zreszta teraz chyba bardziej potrzebuje niz Wy bo tu utknalem chyba na dobre:) Jacek