Wylot z Warszawy o godz. 7:30 do Londyn Heathrow. Sklad naszej grupy: Maja Bossowska, Lukasz Szachulowicz ( z nimi bylem razem na Islandii), Maciej Anuszkiewicz (z nim pare razy stopowalem po Europie), Marysia Bar, Zuza (z cala ta czworka-oprocz Lukasza znamy sie z AWF-u) i Grzesiek (kolega Macka). Brat Zuzy Mariusz ma dolaczyc do nas w Limie 19.11. Generalnie bedziemy sie laczyc i sie rozdzielac.Odleglosc z Warszawy do Londynu 1540km-2 godz i 20 minut lotu. W Londynie zegnam sie z szostka osob-widzimy sie w Limie 18.11 (oni jada na te 10 dni do Meksyku)-a sam sie przemieszczam z terminalu 1 do 3, skad mam lot do Miami. Londyn Heathrow jest naprawde duzym lotniskiem-z terminalu 1 do 3 wraz z jazda autobusem przemieszczam sie az w godzine. Mam 3h do odlotu i w cichym pokoju do internetu znajduje wygodna kanape i uderzam w chrapacza.
Przelot do Miami bez emocji. Odleglosc 7070mk, czas 9godz. Na lotnisku dlugo mnie wypytywal oficer USA-szczegolnie o moje ostatnie wyjazdy (potwierdzone w paszporcie)-glownie Jordania, Liban. Co tam robilem i dlaczego tam pojechalem. Po moze 10 minutach rozmowy powiedzial:"Welcome to USA".
Nocleg zalatwilem z CS (mialem z tym maly przeboj-bo mialem nocowac u kogos innego-w ostaniej chwili ta osoba odmowila mi noclegu-a potwierdzala to wczesniej 2 razy; ale wszystko sie udalo-jeszcze w Warszawie w ciagu kilku godzin znalazlem kogos). Telefon moj jednak nie lapie zasiegu w USA (w opisie bylo napisane ze ma czestotliwosc na Stany, ale chyba jest przystosowany tylko do czestotliwosci europejskiej-zobaczymy jak bedzie w Ameryce Pd). Zadzwonilem z budki telefonicznej i po 20 minutach przyjechali po mnie moi gospodarze (starsze malzenstwo). Mialem tez opcje by spac w jakims w miare tanim hostelu (najtanszy jaki znalazlem:Ohana Hostel-przy 750 Collins Ave; dojaz z lotniska linia J do 41st street i Sheridan Ave; zmiana na autobus M i przejazd do 8th Street i Washington Ave. Hostel jest kolo Quicksilver Store-cena 18$ za spanie w pokoju 6-osobowym), ale na szczescie mialem gdzie spac za friko. Czekajac na przyjazd moich gospodarzy...spocilem sie z powodu pogody. W Miami bylo 26 stopni okolo 19 wieczorem (a w Polsce jeszcze dwa dni temu spadl snieg w Warszawie i bylo ponizej zera) i calkiem duza wilgotnosc (przyponial mi sie klimat jaki mialem podczas ostatniego pobytu w USA 4 latat temu). Gospodarze mowili ze maja w koncu chlodno (ciekawe z by powiedzieli jakby w tym samym czasie byli w Polsce?). Zaprosili mnie do Kubanskiej Restauracji na kubanskie dania. Pogdalismy troche o sytuacji ekonomicznej w USA, o huraganie sprzed tygodnia, ktorego w Miami nie bylo (w Polsce w naszej TV byly zdjecia z Dominikany i Meksyku, ktore pokazywaly jak wielkich zniszczen dokonal huragan El Noel-a tu byl troszke silniejszy wiaterek). Potem byl krotki przejazd po miescie-Miami by night- i przyjazd do domu. Dostali ode mnie Zubrowke (krotka instrukcja z czym ja pic) i byli bardzo z tego zadowoleni.Nastepnego dnia z rana jedziemy na miasto na kawe. I wreszcie moge zobaczyc jak milo jest w Miami (wczoraj wieczorem bylo juz ciemno)-mnostwo roslin z cieplych klimatow, a najwiecej palm. John (jeden z moich gospodarzy) daje mi swoj telefon komorkowy (!) po to by w razie czego miec ze mna kontakt. Coleen (zona Johna) zabiera mnie na plaze (slynna Miami South Beach), gdzie mam okazje wykapac sie w super wodzie i zlapac slonca (a w Polsce tak zimno...). Spaceruje tez po slynnej Ocean Drive, gdzie znajduje sie wiele starych (jak na USA-bo najstarszy budynek w Miami ma 110 lat) domow. John przyjezdza po mnie w umowione miejsce i zabiera na lotnisko skad o 15:20 mam odlot do Quito. Fajna goscina :)


1 komentarz:
siemasz Zylet. pozdro z Bury. to juz widze pierwsze przygody :). pozdrow ode mnie tez Majke, Szaszke i Macka. zycze powodzenia!
Prześlij komentarz