sobota, 17 listopada 2007

Machala (okolice) i Zaruma - Ecuador



Widoki sa bardzo ladne. Wiem, ze w samej Machali nie ma nic ciekawego, ale przed tym miastem zaczynaja sie hektary plantacji bananow. I widok jest niesamowity: wyglada to jak nasz las. Zachcialo mi sie zobaczyc, jak normalni ludzie pracuja w takim lesie bananowcow. Wysiadam na rondzie kolo 4km przed Machala (mowie kierowcy, ze chce jechac do Zarumy, a ze w Machali nie ma dworca autobusowego, wiec najlepiej jak opuszcze pojazd tu). Na lewo od ronda przy straganach znajduje wejscie obok wielkiego bialego budynku na jedna z platacji. Od razu dochodzi do mnie kobieta z biura i pyta sie czego chce. Ja wyjasnilem cel wizyty. Zostawilem tam tez plecak. Za 200 metrow musialem przejsc dluga rozmowe ze straznikiem, ktory decydowal, czy mnie wpuscic. W sumie podejrzewal, ze jestem z jakiejs innej konkurencyjnej firmy, ale jak powiedzialem, ze chce zobaczyc jak wyglada proces bananowy (yo quiero veer el proceso), to troche sie zdziwil, ale sie zgodzil. Po okolo 1km doszlismy do miejsca, gdzie banany sa przywozone na specjalnych hakach wyciagiem do produkcji i tam sa zdejmowane, myte, ciete, psikane jakimis chemikaljami i pakowane do kartonow. Oczywiscie wszystkie ida na eksport do Europy i sa zielone. Jak zobaczycie w sklepie banany firmy OK, to moze wlasnie beda z tej plantacji. Nastepnie ide zobaczyc jak scinaja banany z krzakow. Po scieciu taki krzak jest rowniez scinany, ale juz wokol niego rosna mlode pedy i za 9 miesiecy bedzie mozna scinac nowe banany. Ludzie pracujacy tam nie maja nic przeciwko bym ich fotografowal, co skrzetnie czynilem. Wizyta trwala kolo 50 minut. Odbieram plecak i ide na przystanek przy rondzie. Lapie autobus do Zarumy (firmy Tac lub Piñas) za 3$ (3h i 120km jazdy). Te 3 godz jazdy mija mi szybko, bo konwersuje z przedstawicielka plci pieknej Ekwadoru i dziwie sie, ze przez 3h moge rozmawiac w jez hiszp. Dojezdzamy do miasta i udaje sie na spotkanie z Benito-moim gospodarzem. W miescie jest kilka hostali, np. Cerro de Oro czy Rome Ria przy Plaza de Independiencia (startuja od 10$, ale spokojnie schodza do 7$). Miasto nie jest duze (9tys mieszkancow), ale jest pieknie polozone-w gorach i samo w sobie tworzy niesamowita atmosfere. W zabytkowej czesci sa typowe domki drewniane z pieknymi balkonami oraz ladny Plaza de Independiencia. Wraz z Benito idziemy do jednej z kopalni zlota. Miasto to bylo znane od wiekow wlasnie z wydobycia tegoz kruszcu, ktory wydobywa sie nawet do dnia dzisiejszego. Koplania udostepniana dla turystow (pytac o Miñas de Oro) jest czynna od 8:30 do 18. My jestesmy o 17:20, ale juz glownego straznika nie ma. Jest za to jakis swiezak, ktory pracuje od 5 dni. Wpuszcza nas (zwiedzanie kopalni jest za darmo) i nakladamy kalosze i helmy. Idziemy do wnetrza i nasza wyprawe powinnismy byli skonczyc na pierwsze bramie, ale za to, ze swiezak byl nowy (i za bardzo nie wiedzial co moze nam pokazac, a co nie), to otwieral nam kolejne bramy do ktorych nie maja dostepu turysci. I nareszcie zrozumialem co znaczy praca gornika. My spacerujac po blocie, po kostki w wodzie doszlismy w pewnym momencie do takiego miejsca, ze spocilismy sie okropnie i nie bylo praktycznie czym oddychac. Gdyby ktos dal mi w tym momencie kilofa, zebym mial nim pracowac, to chyba bym tym kilofem go zdzielil. Ale tak wyglada praca gronika, gornika w Ekwadorze, ktory w takiej kopalni zarabia 1.5$ za godzine! W pewnym momencie szyb sie skonczyl i trzeba bylo chodzic po linach z wezlami marynarskimi i dalej po drabinach. My z tego zrezygnowalismy, zaczynalo byc niebezpiecznie, a i baterejki nam padaly. Po wyjsciu (bylismy pod ziemia kolo 80 minut) z kopalni mozemy odetchnac swiezym powietrzem. Co za ulga. Bedac w Potosi w Boliwii, tez zwiedze tamtejsze koplanie i porownam wrazenia.
No a teraz czas na nocne zwiedzanie miasta. Ale ze bylem glodny Benito zaprowadzil mnie do restauracji, gdzie moglem sprobowac tutejszej potrawy, czyli Tigrillo (3$).Jest to polaczenie jajek z jakas papka i miesem. Ogromny talerz, a smak niesamowity. Z czego slynie jeszcze Zaruma? Z niepowtarzalnej kawy. Nie jestem smakoszem tego, ale w zyciu nie pilem tak dobrej kawy jak tam. W miescie w ogole nie ma turystow. Okolice sa piekne (mozna pospacerowac po gorach), a amosfera miasta niepowtarzalna. W kazdym domu, podworku cos sie dzieje: a to graja w siatkowke (w Ekwadorze gra sie 3 na 3 i odbija sie pika do nogi...), brydza, spiewaja piesni, albo maja pootwierane swoje zaklady-wystarczy tylko wejsc i porozmawiac z ludzmi, sa checi do rozmowy. Ladny jest tez widok na miasto z basenu. Wracamy do domu i po wypiciu piwka klade sie spac na hamaku (super spanie). Jeszcze nie zasnalem gdy nagle...zaczelo cos drzec. Benito mowi: TRZESIENIE ZIEMI! I rzeczywiscie, bylo to trzesienie ziemi: szklanki zaczely stukac jedna o siebie i to calkiem mocno, a mnie zaczelo niezle bujac na hamaku. Pytam sie Benito co w takiej sytuacji trzeba robic? On na to, ze trzeba uwazac, zeby nie spadlo nic na glowe. Ja patrze na niego a on skulony w pozycji zolwia sie nie rusza. Mysle sobie, ze jak zacznie sie mocniej to przy np. rozerwaniu domu, to jak spadnie dach, tp nawet pozycja zolwia nie pomoze przed rozcieciem ciala przez spadajacy dach. Szykuje sie do opuszczenia domu, ale przestaje juz trzasc. Wow, ale emocje! Trwalo to ponad 30 sekund i Benito powiedzial, ze bedac tu od poltorej roku przezyl 4 trzesienia ziemi, ale zadne nie bylo tak mocne i tak dlugie. W miedzyczasie zadzwonila dziewczyna Benito ktora byla w Cuenka i powiedziala, ze u niej tez bylo trzesienie ziemi. Z dusza na ramieniu zasypiam.
Nastepnego dnia rano o 4:30 ide na dworzec aut i autobusem firmy TAC (za 3$, 3h, 125km) jade do Huaquillas (samo miasto to szereg straganow z mnostwem owocow), ktore jest miastem przygranicznym. Przed miastem zatrzymuje sie i wysiadam aby dostac pieczatke wyjazdowa (nie mozna zrobic tego na granicy!)-autobus nie czeka i tu poznaje Marco-mieszkanca Chile, ktoremu tak jak mi sie spieszy do Peru. Podjezdzamy taxi za 1$ pod dworzec CIFA, skad odjezdzaja miedzynarodowe autobusy do Peru. Najblizszy jest za 2h (o godz. 10 do Tumbes za 1$), wiec my bierzemy taxi do mostu (1$-tu czesto placil Cilijczyk-jemu bardziej zalezalo), ktory stanowi granice miedzy Ekwadorem a Peru.

Brak komentarzy: